Phantom Blade Zero - recenzja i opinia o grze [PC, PS5]. Starszy i ciekawszy brat Wukonga
Kiedy studio S-Game po raz pierwszy zaprezentowało zwiastuny Phantom Blade Zero, branża gier wstrzymała oddech, choć w powietrzu unosił się też gęsty sceptycyzm. Oglądaliśmy pojedynki o choreografii tak zawrotnie szybkiej i płynnej, że wielu obserwatorów bez wahania uznało materiały za wyreżyserowane oszustwo, którego w żaden sposób nie da się przełożyć na grywalny tytuł.
Po spędzeniu z recenzowaną grą równych 35 godzin zarejestrowanych przez wewnętrzny licznik oraz dobiciu do 40 godzin na platformie Steam, mogę z pełnym przekonaniem rozwiać wszelkie wątpliwości: te obietnice zostały dowiezione z nawiązką. Produkcja okazuje się jednym z najbardziej satysfakcjonujących, przemyślanych i magnetycznych akcyjniaków ostatnich lat, idącym własną ścieżką w świecie wuxia.
Fabuła nie bawi się w przydługie wprowadzenia i niemal od razu rzuca nas w sam środek wielkiej polityczno-mistycznej intrygi. Wcielamy się w postać Soula - elitarnego zabójcy wyszkolonego przez potężny Zakon, który na samym początku przygody szlifuje swoje umiejętności pod okiem charyzmatycznego mentora. Szybko jednak przychodzi nam poznać jego mroczną stronę, co natychmiast obraca dotychczasowy porządek w pył.
Zamiast standardowej opowieści o zemście, twórcy opisywanego Phantom Blade Zero zaserwowali graczom coś znacznie głębszego i świeższego, opartego na motywach śmierci, poszukiwania odkupienia i rozpadu ludzkiej duszy. Po krwawym pojedynku i zdradzie, w serce Soula zostaje wbite ostrze, a jego egzystencja zawisa na skrajnie cienkim włosku. Mistyczna operacja czegoś w rodzaju Rzeźbiarza Ciał przywraca go do świata żywych, ale z bezlitosnym warunkiem: bohater ma przed sobą dokładnie 66 dni życia.
Ten wiszący nad głową zegar buduje wspaniałą atmosferę nieustannego zagrożenia i desperacji, zmuszając nas do parcia naprzód w poszukiwaniu prawdy i ratunku. W ten sposób wkraczamy do Wulin - podziemnego świata chińskich sztuk walki, w którym lojalność dawno przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, a o przetrwaniu decydują wyłącznie ostre klingi i stalowe nerwy.
Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że dla europejskiego odbiorcy śledzenie tej opowieści bywa momentami wyzwaniem ze względu na zatrzęsienie azjatyckich nazwisk. Postaci przewija się na ekranie cała masa, niemal każda ma swoje powiązania z innym klanem czy frakcją, przez co w środkowych rozdziałach łatwo zgubić wątek tego, kto z kim walczy i jakie intencje nim kierują.
Gra nie sili się przy tym na kreowanie sztucznych relacji z dziesiątkami bohaterów pobocznych. Wybitnie rozpisanych person znajdziemy tu zaledwie kilka na krzyż, a większość napotkanych postaci pojawia się w kadrze zaledwie na parę chwil. Sprawia to, że silną więź emocjonalną budujemy właściwie tylko z samym Soulem, śledząc jego powolną metamorfozę i samotną walkę z losem.
Na osobne i w pełni zasłużone brawa zasługuje natomiast plastyka modeli postaci, ze szczególnym uwzględnieniem fenomenalnie odwzorowanych twarzy. Azjatyccy artyści w recenzowanym Phantom Blade Zero po raz kolejny udowadniają, że potrafią projektować bohaterów o niesamowitej estetyce i naturalnym wdzięku, co tyczy się w szczególności postaci kobiecych, wolnych od wszechobecnych zachodnich klisz. Co szalenie imponujące, kunszt ten widać nawet po twarzach zwykłych NPC-ów, których mimika stoi na poziomie absolutnego światowego topu.
Całość spina rewelacyjna ścieżka dźwiękowa, która wznosi dramaturgię wydarzeń na zupełnie inny pułap. Tradycyjne chińskie instrumentarium miesza się tu z surowym, nowoczesnym brzmieniem, doskonale budując napięcie przed kolejnymi starciami i potęgując ciarki na plecach w momentach odkrywania najmroczniejszych tajemnic tego uniwersum.
Ostateczny wydźwięk całej opowieści zależy jednak w stu procentach od zaangażowania gracza w eksplorację i badanie świata. Gra posiada bowiem rozgałęzienia fabularne, a dotarcie do najlepszego, prawdziwego zakończenia wymaga czegoś więcej niż tylko bezmyślnego parcia po linii wyznaczonej przez główne znaczniki zadań.
Opanować ostrze: oręż, błyski i bezlitosny taniec kombosów
To jednak nie fabuła, a genialny, szalenie dynamiczny system walki jest główną siłą napędową omawianego Phantom Blade Zero. Twórcy postawili na tempo, które początkowo może wręcz przytłoczyć graczy przyzwyczajonych do powolnego wyczekiwania na ruch wroga w typowych soulslike'ach. Wrogowie są tutaj niewiarygodnie mobilni, bezustannie skracają dystans, atakują seriami i zmuszają do ciągłego działania pod ogromną presją czasu.
Fundamentem ofensywy w recenzowanym Phantom Blade Zero jest płynny taniec lekkich i cięższych cięć, ale to mechaniki obronne stanowią o być albo nie być na polu bitwy. Gra opiera się na bezbłędnym odczytywaniu wizualnych sygnałów przeciwnika, które telegrafowane są za pomocą dwóch kluczowych kolorów: niebieskiego oraz czerwonego. Wpada też w dalszej części gry czarny, którego nie można w żaden sposób zablokować, a jedyną opcją jest wykonanie uniku (inaczej tracimy cały pasek staminy).
Wracając do sedna, kiedy oponent zamierza wyprowadzić cios z niebieskim błyskiem, gracz musi w ułamku sekundy zareagować perfekcyjnym parowaniem. Zwykłe trzymanie bloku byłoby w tej sytuacji katastrofalnym błędem, gdyż uderzenie to błyskawicznie zeruje pasek Sha-Chi - postawy Soula. Idealne wstrzelenie się w okienko parowania odpala natomiast widowiskowy manewr - bohater natychmiastowo przemyka za plecy wroga, otwierając go na zabójczą kontrę i zabierając oponentowi wytrzymałość.
Z kolei ataki sygnalizowane czerwonym błyskiem to ciosy ostateczne, których pod żadnym pozorem nie da się zablokować ani sparować. Jedynym ratunkiem jest unik wykonany idealnie w momencie uderzenia. Podobnie jak przy perfekcyjnym parowaniu, perfekcyjny odskok nagradza nas uruchomieniem techniki i bezpiecznym wejściem za plecy napastnika, odwracając losy potyczki.
Wielką zaletą systemu jest to, jak zachęca on do nieustannego eksperymentowania z orężem. Podczas przygody w Phantom Blade Zero odnajdujemy całą masę różnorodnego uzbrojenia - od ultralekkich, błyskawicznych sztyletów i podwójnych mieczy, po potężne, masywne ostrza, których powolne uderzenia mają niszczycielski wpływ na gardę przeciwników.
W każdym momencie mamy przy sobie dwie bronie główne i możemy żonglować nimi w samym środku wyprowadzania kombosów. Co kluczowe, płynne przełączenie oręża w trakcie ofensywy natychmiast odnawia część paska staminy, co motywuje do tworzenia długich, nieprzerwanych łańcuchów ataków, które nie dają wrogom ani sekundy na złapanie oddechu.
Omawiane Phantom Blade Zero daje nam przy tym dużą swobodę w eliminowaniu zwykłych przeciwników na planszy. Jeśli nie chcemy wchodzić w otwarty kocioł, możemy wykorzystać zarośla, przekradać się za plecami strażników i eliminować ich po cichu, a w przypadku dwóch stojących obok siebie wrogów uruchomić efektowną sekwencję QTE podwójnego zabójstwa.
Prawdziwym mistrzostwem świata są jednak potyczki z bossami, które stanowią chyba najmocniejszy punkt całej gry. Każdy z nich został zaprojektowany z niezwykłą pieczołowitością - mają unikalne animacje, własne zestawy telegrafowanych ataków i zupełnie inną dynamikę poruszania się. Wspólnym mianownikiem pozostaje wschodnie kung-fu, dzięki czemu żaden pojedynek nie polega na okładaniu nieruchomej kłody drewna.
Zamiast powielać schematy znane z innych produkcji, deweloperzy wykazali się ogromną kreatywnością przy projektowaniu samych aren. Starcia potrafią rozgrywać się w zadziwiających, dynamicznie zmieniających się miejscówkach - choćby wewnątrz pędzącego z impetem wozu konnego, co nadaje całości niesamowitego filmowego posmaku. Czujemy się czasami dosłownie jak w dobrym filmie...
Wspaniałe w recenzowanym Phantom Blade Zero jest również to, że gra potrafi dopasować się do każdego typu gracza dzięki trzem bazowym poziomom trudności. Jeśli nie czujecie się pewnie w wymagających grach akcji, łatwy poziom trudności sprawia, że gra staje się dość prosta i pozwala bezstresowo chłonąć klimat oraz historię.
Osobom mającym jakiekolwiek doświadczenie ze zręcznościówkami gorąco zalecam jednak start od poziomu normalnego. Wyzwanie jest tu bardzo dobrze wyważone - potrafi dać w kość, ale pozostaje odczuwalnie bardziej przystępne i mniej frustrujące niż to, z czym mierzyliśmy się chociażby w Black Myth: Wukong. Poziom wysoki to z kolei raj dla weteranów szukających rygorystycznych okienek klatek.
Ciekawostką jest czwarty poziom - tryb 66 Dni - który staje się aktywny dopiero przy drugim przejściu gry. Wprowadza on unikalne, ekstremalne zasady powiązane z limitem zgonów, co pozwala spojrzeć na całą kampanię z zupełnie innej perspektywy i wymusza opanowanie mechanik do perfekcji.
Eksploracja Wulin: Dzwony, sekrety i lekcja z Wukonga
Kampania zabiera nas w podróż przez 7–8 zróżnicowanych, półotwartych regionów, z których każdy posiada własną tożsamość, unikalne zagrożenia i bogaty zestaw wątków pobocznych. Struktura świata nie jest ani pustym, męczącym open-worldem, ani klaustrofobicznym korytarzem - to pieczołowicie ułożony labirynt, który naturalnie popycha nas do zaglądania w każdy kąt.
Wielką inspiracją dla twórców okazały się rozwiązania znane z nowożytnych części God of War. Poruszając się po głównej ścieżce, pokonujemy bossów i zyskujemy nowe elementy wyposażenia pomocniczego, które dopiero po czasie pozwalają sforsować zablokowane wcześniej przejścia i otworzyć skróty w dawno odwiedzonych miejscach.
Ten lekki backtracking okazuje się jednak czystą przyjemnością ze względu na jedno, zbawienne posunięcie projektantów: po użyciu dzwona wrogowie w świecie gry się nie odradzają! Jest to genialna zmiana względem klasycznych soulsów, eliminująca konieczność ciągłego wybijania tych samych grup przeciwników. Dzięki temu zyskujemy pełną swobodę w spokojnym przeczesywaniu terenu, a balans rozgrywki nie opiera się na sztucznym grindzie poziomów i zasobów. Dzwony działają jako punkty kontrolne, stacje ulepszeń oraz sieć szybkiej podróży, na której kierunki wskazują czytelne linie na mapie odkrywanej w miarę postępów.
Co niezwykle istotne, Phantom Blade Zero pozwala na bezproblemowy powrót do wcześniejszych lokacji, aby dokończyć starcia z potężnymi oponentami, którym nie daliśmy rady na samym początku. Przeciwnicy nie znikają w magiczny sposób z powodu naszych postępów fabularnych, co w Black Myth: Wukong bywało momentami mocno irytujące.
Świat omawianego Phantom Blade Zero potrafi ponadto zaskoczyć dynamiką zachodzących w nim zmian. W jednym z regionów drogę do zamkniętego obszaru twardo blokowali strażnicy, kategorycznie odmawiając przejścia. Gdy wróciłem tam po ukończeniu innego rozdziału, zastałem ich przemienionych przez zarazę w potwory - musiałem ich zlikwidować w walce i dopiero wtedy zyskałem dostęp do pilnowanego sektora.
Różnorodność przeciwników przypisanych do danych krain nie pozwala na nudę. W jednym miejscu przychodzi nam walczyć z przerażającymi, zmutowanymi dziećmi, kawałek dalej z agresywnymi wronami i potwornymi abominacjami, by w kolejnym rozdziale stanąć naprzeciw mechanicznych kukieł pozbawionych krwi. Najgorsze dla mnie były jednak wrony, bo wymuszały wykorzystywanie dalekosiężnych oręży.
Moim absolutnym faworytem okazała się Wioska Lu. Ta osada ma niesamowicie dużo za uszami, a powoli odkrywana tajemnica jej mieszkańców stanowi w moim odczuciu najlepiej poprowadzony, najbardziej mroczny i chwytający za gardło wątek w całej produkcji. Klimat budowany jest tu przez ponure, sugestywne obrazy: wisielców na drzewach, obłąkanych z rozpaczy ludzi, spustoszone osady i zjawiska wymykające się logice. Wszystko to tworzy aurę gęstego, niepokojącego mistycyzmu, w którym czuć ogromny pietyzm włożony w kreację uniwersum.
Co do samych znajdziek, genialnym pomysłem projektantów Phantom Blade Zero okazały się - obok żmudnych, ale dobrze rozwijających świat gry i bohaterów notatek - niebieskie kwiaty pamięci. Zamiast przebijać się non stop przez ściany tekstu, po odnalezieniu kwiatu odsłuchujemy świetnie odegrane opowieści dawnych mieszkańców, a sam proces jest podwójnie satysfakcjonujący, bo trwale zwiększa pasek zdrowia bohatera.
Dokładna eksploracja nagradza nas także unikalnymi scenkami dialogowymi, rzucającymi nowe światło na relacje między postaciami. To kolejny dowód na to, jak bardzo twórcom zależało na graczach lubiących zaglądać w każdy zakamarek - tym bardziej, że pomijanie sekretów bezpowrotnie odcina nas od najlepszego zakończenia. Śmiem powiedzieć, że Phantom Blade Zero to jedna z tych gier najlepiej zrealizowanych pod kątem eksploracji.
W świecie natrafimy również na pomysłowe zagadki środowiskowe. Bywają one powiązane z architekturą terenu i wymagają użycia przedmiotów zdobytych w zupełnie innych strefach, by otworzyć choćby zamknięte wrota tajemniczych rezydencji. Takich aktywności nie ma zbyt wielu, dzięki czemu idealnie urozmaicają rozgrywkę i nie wybijają ze świetnego tempa akcji.
Kiedy po wielu godzinach wydaje się nam, że gra powoli dobiega końca, produkcja nagle zaskakuje kolejnymi obszarami, które na pierwszy rzut oka wyglądają na opcjonalne, ale kryją kluczową zawartość. Dostajemy wtedy zamarznięte jeziora, surowe górskie szczyty, obozy wojenne oraz nowe mechaniki przemieszczania się, takie jak sterowanie łodzią.
Zawartości jest tu po prostu mnóstwo. Jeśli dodamy do tego znajdźki w postaci ulepszeń ekwipunku, powiększania liczby miejsc na akcesoria, przedmioty lecznicze (samych dodatków i medykamentów jest tutaj naprawdę sporo i żonglujemy nimi również wtedy, gdy musimy zawalczyć z charakterystycznymi bossami - np. tej rzucający trucizną wymaga przedmiotu leczniczego usuwającego ten status) czy skrzyń wzmacniających moc Soula, otrzymujemy grę, której ukończenie w 100% daje gigantyczną frajdę i ani przez sekundę nie sprawia wrażenia sztucznego przedłużania czasu gry. Taki właśnie jest Phantom Blade Zero.
Blaski i cienie rzemiosła: PC, ray tracing i budżetowe kompromisy
Mimo ogromnego zachwytu samą rozgrywką, muszę z dziennikarskiego obowiązku wytknąć grze pewne wyraźne potknięcia natury budżetowej i technicznej. Tytuł pod wieloma względami zachwyca koncepcją artystyczną, ale jeśli zaczniemy przyglądać się detalom z bliska, czar potrafi na moment prysnąć.
Najbardziej nierówny graficznie okazuje się pierwszy region zawarty w Phantom Blade Zero - skalista dolina. Wiele tekstur na kamieniach, trawie czy drewnianych płotach jest wyraźnie rozmytych i brakuje im pożądanej ostrości. Do tego dochodzi bardzo słaby zasięg rysowania na rozległych przestrzeniach, przez co obiekty majaczące w oddali przypominają płaskie, tekturowe atrapy.
Widać wyraźnie, że twórcy zdawali sobie sprawę z problemów z rysowaniem dalszych planów, dlatego na potęgę ratowali się gęstą mgłą, mającą zamaskować techniczne braki w otwartym terenie. Na szczęście sytuacja diametralnie poprawia się w osadach i mieście Pangzhen, gdzie architektura jest niesamowicie gęsta, ostra i pełna kapitalnych detali.
Bardzo ubogo wypada również fizyka oraz poziom interakcji z otoczeniem. Poza niszczeniem standardowych, drewnianych skrzynek, świat gry jest niemal całkowicie statyczny. Zwykłe cienkie bambusy, małe drzewka, stojaki na broń czy patyki leżące przy ogniskach są niezniszczalne i zachowują się jak zabetonowane klocki, mimo że w żaden sposób nie blokują ścieżki fabularnej.
Miejscami z ekranu wylewają się też osobliwe kompromisy finansowe. Wioskowe wierzchowce potrafią stać w całkowitym bezruchu z pustym wzrokiem, wyglądając komicznie niczym konie-zombie. W kilku miejscach rzuca się też w oczy tafla wody, która na brzegu została ucięta w linii prostej niczym za pomocą linijki, bez jakichkolwiek naturalnych załamań czy falowania.
Pewne zastrzeżenia można mieć także do konstrukcji zadań pobocznych. Te oznaczone fioletowym kolorem to absolutna ekstraklasa - są powiązane z unikalnymi bossami, kluczowym lore i najlepszym finałem, więc przy ewentualnym ponownym przejściu robiłbym je wszystkie bez mrugnięcia okiem.
Zwykłe, poboczne questy z recenzowanego Phantom Blade Zero bywają jednak boleśnie prostackie i oparte na schemacie: pobiegnij do punktu A, przynieś przedmiot B i porozmawiaj z kukłowatym NPC-em o ubogiej puli gestów. W niektórych z tych pomniejszych dialogów zabrakło nawet dogranych głosów, co jest przykrą cechą wielu azjatyckich produkcji średniego segmentu.
Od strony samej optymalizacji na komputerach osobistych gra zasługuje natomiast na wielkie brawa. Testując tytuł na konfiguracji z procesorem Intel Core i5-14400F oraz kartą graficzną GeForce RTX 4060 Ti, bawiłem się w rozdzielczości 1440p na wysokich ustawieniach graficznych. Z włączoną technologią DLSS w trybie zrównoważonym licznik klatek stabilnie pokazywał od 80 do 100 FPS-ów.
W trakcie 35 godzin zabawy nie uświadczyłem żadnych krytycznych błędów, wyrzucenia do pulpitu czy drastycznych przycięć animacji. Ekrany wczytywania pomiędzy strefami są wręcz błyskawiczne, a całość działa niesamowicie gładko. Czasami widzimy tu rozwiązanie rodem z Cyberpunka 2077, gdzie ładowanie trwa podczas podróży windą.
Pewnym drobnym zgrzytem był jedynie obóz wojowników "Mandate". W tym konkretnym rejonie zaobserwowałem największe nagromadzenie pomniejszych glitchy kolizji, w ramach których wrogowie potrafili okazjonalnie przenikać przez ściany namiotów i drewniane palisady. Ale oprócz tego - nie było jakichkolwiek problemów w Phantom Blade Zero.
Prawdziwą katastrofą okazał się jednak Ray Tracing. Na testowanym RTX 4060 Ti aktywacja śledzenia promieni spowodowała natychmiastowy spadek klatek z poziomu 80–100 do zaledwie 20–30 FPS-ów, sprawiając, że wymagający chirurgicznej precyzji system walki stał się całkowicie niegrywalny. Na kartach tej klasy włączanie RT w recenzowanym Phantom Blade Zero mija się z celem.
Warto, a nawet trzeba zagrać
Mimo tych kilku potknięć natury technicznej i budżetowej, omawiane Phantom Blade Zero broni się czymś, co w grach wideo jest najważniejsze: czystą, niczym nieskrępowaną miodnością płynącą z rozgrywki. Ciągła, spektakularna akcja, wspaniały rytm eksploracji i fenomenalny klimat sprawiają, że od przygody Soula nie sposób się oderwać, a tytuł ten bez cienia wątpliwości zasługuje na miejsce w panteonie najlepszych gier akcji ostatnich lat.
Na sam koniec trzeba jednak dać znać o jednym - gra nie otrzymała polskich napisów. Co prawda teksty są dość proste do zrozumienia, ale jeśli chcemy na maxa wkręcić się w świat przygotowany przez S-Game, nie wszyscy zrozumieją każdy detal. W połączeniu to też z imionami rozmaitych bohaterów (których jest naprawdę sporo, szczególnie w notatkach) i fakt, że nawet przy azjatyckim nazewnictwie idzie się pogubić, brak polskiego języka będzie z pewnością dla niektórych przeszkodą.
Ocena - recenzja gry Phantom Blade Zero
Atuty
- Fabularnie gra mocno zaskakuje
- Błyskawiczny, niesamowicie satysfakcjonujący system walki
- Wybitnie zaprojektowane walki z bossami
- Brak odradzania się wrogów i sztucznie wydłużanego czasu gry
- Fenomenalnie wymodelowane twarze bohaterów
- Obszary graficznie i klimatycznie robią przeogromne wrażenie
- Wartościowa eksploracja rodem z God of Wara
- Ogromna grywalność (miodność gameplayowa)
Wady
- Pierwszy region pod względem graficznym zawodzi
- Znikoma fizyka i interakcja z otoczeniem
- Kilka budżetowych potknięć - szczególnie w ostatnich lokacjach
- Brak polskich napisów może dać w kość
Phantom Blade Zero pokazuje, jak bardzo silni są Azjaci w tworzeniu ciekawych akcyjniaków. Po Wukongu to kolejna gra must-have z masą eksploracji, pięknych terenów, arcyciekawym światem no i systemem walki, który zapamiętamy na długo.
Graliśmy na:
PS5
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (123)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych