Castlevania: Belmont's Curse - recenzja gry. Idealne połączenie

Castlevania: Belmont's Curse - recenzja i opinia o grze [PS5, Xbox, Switch, PC]. Idealne połączenie

Wojciech Gruszczyk | Dzisiaj, 09:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Konami na dobre powróciło do świata gier, systematycznie oferuje nowe odsłony serii Silent Hill, przywraca do życia Metal Gear Solid, a kolejnym krokiem w odrodzeniu japońskiej firmy jest powrót rodu Belmontów. Jednym z pierwszych projektów rozwijających ponownie świat pełen wampirów i potworów jest Castlevania: Belmont’s Curse. Czy warto było tak długo czekać na tę przygodę? Przeczytajcie naszą recenzję.

Konami już za sprawą uniwersum Silent Hill pokazało, że potrafi w znakomity sposób wykorzystywać doświadczenie zewnętrznych deweloperów i powierzać swoje najważniejsze marki zespołom, które mają na nie konkretny pomysł. W przypadku Castlevania: Belmont’s Curse jest podobnie - japońska firma połączyła siły z Evil Empire, czyli studiem doskonale znanym fanom Dead Cells i odpowiedzialnym między innymi za świetnie przyjęte rozszerzenie Return to Castlevania.

Dalsza część tekstu pod wideo

To właśnie ten ostatni projekt sprawił, że wybór deweloperów wydaje się wyjątkowo naturalny. Evil Empire miało już okazję zmierzyć się z dziedzictwem Castlevanii, przenosząc jej bohaterów, przeciwników, lokacje oraz charakterystyczny klimat do świata Dead Cells. Belmont’s Curse jest jednak znacznie większym wyzwaniem - tym razem twórcy nie przygotowują dodatku inspirowanego legendarną serią, lecz pełnoprawną odsłonę marki, która przez lata była jednym z najważniejszych IP w katalogu Konami.

Deweloperzy nie postanowili po prostu stworzyć „Dead Cells w świecie Castlevanii”. Belmont’s Curse powstaje jako ręcznie zaprojektowana metroidvania z dużym, połączonym światem, eksploracją, backtrackingiem, rozwojem bohaterki i walkami z bossami, ale jednocześnie Evil Empire wykorzystuje własne doświadczenie, by zaoferować szybszą i bardziej płynną rozgrywkę. To spotkanie klasycznych fundamentów Castlevanii ze znacznie bardziej współczesnym podejściem do walki oraz poruszania się… i już od pierwszych minut widać, dlaczego Konami zdecydowało się powierzyć właśnie temu zespołowi powrót rodu Belmontów.

Rodzinna historia w Castlevania: Belmont’s Curse

Recenzowana Castlevania: Belmont’s Curse rozpoczyna się 23 lata po wydarzeniach z Castlevania III: Dracula’s Curse, co ze względu na przedstawione wydarzenia bez wątpienia nie umknie największym fanom uniwersum. Trevor Belmont mógł świętować wielki sukces po pokonaniu Draculi, ale od tamtych wydarzeń minęły ponad dwie dekady i teraz, już jako wprawiony w bojach łowca, wyrusza do Paryża. W stolicy Francji niespodziewanie pojawiły się potwory, sytuacja z każdą chwilą staje się coraz bardziej niepokojąca, a otrzymana wiadomość sprawia, że Trevor postanawia osobiście przyjrzeć się sprawie. Belmont nie rusza jednak na kolejną misję samotnie - tym razem zabiera ze sobą swoją córkę.

To właśnie Rose Belmont jest główną bohaterką całej opowieści. Dziewczyna jest córką Trevora oraz Syphy Belnades, dzięki czemu twórcy w interesujący sposób rozwijają drzewo genealogiczne jednej z najważniejszych rodzin w historii serii. Rose odziedziczyła po ojcu talent do walki i potrafi zrobić odpowiedni użytek z charakterystycznego dla Belmontów bicza, ale jednocześnie płynie w niej krew matki, co zapewnia jej dostęp do magii. Ten podział nie ogranicza się wyłącznie do fabularnego uzasadnienia możliwości protagonistki, ponieważ wraz z postępami rozwijamy jej potencjał, zdobywamy kolejne zdolności i coraz lepiej wykorzystujemy oba elementy niezwykłego dziedzictwa dziewczyny.

Tak w dużym skrócie rozpoczyna się historia, która nie jest opowiadana za pomocą dziesiątek efektownych i rozbudowanych przerywników filmowych. Castlevania: Belmont’s Curse zdecydowanie częściej pozwala nam po prostu ruszyć przed siebie, przedzierać się przez kolejne części Paryża, spotykać następne postacie i poprzez rozmowy oraz wydarzenia stopniowo odkrywać kolejne elementy całej układanki. Już na początku drogi Trevora i Rose dość szybko się rozchodzą, więc większość wydarzeń obserwujemy z perspektywy młodej dziewczyny. Nie oznacza to jednak, że doświadczony łowca zostaje odsunięty na boczny tor - „tatuś” dostaje tutaj swoje pięć minut, a jego obecność jest istotna dla całej historii.

Najbardziej spodobało mi się jednak to, że scenarzyści nie ograniczyli się do jednego motywu: w Paryżu pojawiły się potwory, więc Belmontowie muszą zrobić z nimi porządek. To oczywiście punkt wyjścia całej przygody, ale już w pierwszych godzinach na pierwszy plan zaczyna wychodzić sama Rose. Dlaczego dziewczyna jest „przeklęta”? Czym dokładnie jest tajemnicze znamię znajdujące się na jej ręce? Jak wyglądało jej dzieciństwo i relacje z rodzicami, a przede wszystkim z matką? Twórcy stopniowo odpowiadają na te pytania, wykorzystując przy tym pochodzenie protagonistki nie jako prostą ciekawostkę dla fanów, lecz jako jeden z fundamentów całej opowieści.

Wątek Rose bardzo dobrze przeplata się z głównym problemem Paryża, dzięki czemu z czasem okazuje się, że osobista historia bohaterki i wydarzenia rozgrywające się w mieście są ze sobą znacznie mocniej związane, niż początkowo mogłoby się wydawać. Scenarzyści chętnie sięgają przy tym do dziedzictwa całego uniwersum, ale nie zapominają, że to właśnie młoda Belmont ma znajdować się w centrum wydarzeń. Dzięki temu Belmont’s Curse z jednej strony potrafi puszczać oko do wieloletnich fanów, a z drugiej przedstawia opowieść bohaterki, która ma własne problemy, własne motywacje i przede wszystkim własną historię do opowiedzenia. 

W Castlevania: Belmont’s Curse gadamy z... kartami

Rose już na początku przygody otrzymuje od swojego ojca niezwykle ważny artefakt - talię kart należącą wcześniej do jej matki. Twórcy wykorzystują ją w bardzo ciekawy sposób, ponieważ za pomocą jednego systemu łączą historię, eksplorację oraz rozwój możliwości głównej bohaterki. Podczas przemierzania kolejnych lokacji dziewczyna natrafia na wskazówki prowadzące do potężnych przeciwników, a w talii stopniowo pojawiają się informacje na ich temat. Dlaczego właśnie tam? Szybko okazuje się, że nie mamy do czynienia ze zwykłymi kartami - to magiczny artefakt, który odgrywa bardzo ważną rolę podczas całej przygody.

Najciekawsze rzeczy dzieją się po pokonaniu kolejnych bossów. Przeciwnik zostaje zamknięty w karcie tarota i w pewnym sensie rozpoczyna swoje drugie życie. Z jednej strony Rose przejmuje jego magiczną zdolność, a więc może od tej chwili korzystać z mocy, przed którą jeszcze kilka minut wcześniej sama musiała się bronić. Z drugiej pokonana postać nie znika całkowicie z opowieści - dziewczyna może z nią rozmawiać, poznawać dodatkowe informacje i dzięki temu lepiej rozumieć rozgrywające się wydarzenia. To bardzo przyjemne rozwiązanie, ponieważ zwycięstwo nad bossem nie oznacza wyłącznie zdobycia kolejnej umiejętności. Pokonani przeciwnicy nadal uczestniczą w historii i potrafią komentować sytuację Rose.

Dobrym przykładem jest Joanna d’Arc. Belmont’s Curse swobodnie miesza francuską historię i legendy z mitologią Castlevanii, wykorzystując znane postacie jako część swojej nadnaturalnej opowieści. Joanna początkowo staje więc na drodze Rose jako przeciwniczka, ale po zakończeniu starcia trafia do talii i od tego momentu staje się swego rodzaju kompanką bohaterki. Jej rola nie ogranicza się wyłącznie do zapewnienia kolejnej mocy - Joanna rozbudowuje historię, komentuje wydarzenia i pomaga Rose lepiej zrozumieć sytuację, dzięki czemu twórcy mogą dalej rozwijać postać nawet po zakończeniu walki z bossem.

Deweloperzy wykorzystali jednak karty jeszcze w jeden, niezwykle istotny sposób - jako klasyczny element metroidvanii. Rose zdobywa kolejne magiczne umiejętności, które przydają się nie tylko podczas starć, ale również otwierają nowe możliwości eksploracji. Najprostszym przykładem jest Holy Light - w świecie znajdują się charakterystyczne kamienne ściany, których początkowo nie możemy pokonać, ale po zdobyciu odpowiedniej mocy wystarczy wykorzystać zdobytą zdolność, by otworzyć dalszą drogę. Podobnych sytuacji pojawia się oczywiście więcej, więc wraz z rozwojem talii zwiększają się również możliwości poruszania się po świecie.

Castlevania: Belmont’s Curse to... prawdziwa Castlevania

Siadając do recenzowanego Castlevania: Belmont’s Curse, zastanawiałem się, czy twórcy z Evil Empire nie przygotują po prostu „Dead Cells w świecie Castlevanii”, ale już sam początek pokazał mi jedno - to nie jest zwykły reskin uznanej rozgrywki w nowych szatach. Deweloperzy wykorzystują swoje doświadczenie, ale jednocześnie bardzo mocno trzymają się fundamentów serii, dzięki czemu Belmont’s Curse od początku ma własny charakter i przede wszystkim faktycznie zapewnia odpowiednie wrażenia.

Belmont’s Curse nie jest roguelite’em. Twórcy postawili na bardzo klasyczną dla tego uniwersum strukturę metroidvanii - bohaterka trafia do pięknego, ręcznie malowanego świata, który stopniowo otwiera się przed nią i zarazem przed graczem. Sekretne ściany skrywają dodatkowe przejścia i nagrody, zamknięte drzwi zachęcają do dalszych poszukiwań, a część miejsc pozostaje poza naszym zasięgiem do momentu zdobycia odpowiedniej umiejętności. Nie brakuje również skrzyń, ukrytych przejść i bocznych ścieżek, przez które wielokrotnie zbaczałem z głównej trasy, żeby sprawdzić, co twórcy ukryli kilka pomieszczeń dalej. Za sprawą łódki możemy także szybko przemieszczać się pomiędzy większymi obszarami, co znacząco ogranicza najbardziej uciążliwe powroty. Backtrackingu oczywiście nie udało się całkowicie wyeliminować i regularnie wracamy do wcześniej odwiedzonych miejsc, ale eksploracja jest wystarczająco przyjemna, by po prostu dobrze się bawić biegać po kolejnych lokacjach.

Duża w tym zasługa samej Rose. Bohaterka jest zwinna - może biegać, odbijać się od ścian, ślizgać się czy korzystać z uników - choć nie powiedziałbym, że od pierwszych minut porusza się po świecie w zawrotnym tempie. Wszystko zmienia się jednak, gdy w jej ręce trafia klasyczny bicz Belmontów. Broń nie służy wyłącznie do eliminowania potworów, ponieważ Rose może zaczepiać ją o specjalne elementy otoczenia, huśtać się nad przepaściami i docierać do wcześniej niedostępnych miejsc. Bicz świetnie łączy również eksplorację z walką - możemy wykorzystać go do błyskawicznego doskoczenia do przeciwnika i niemal natychmiast kontynuować atak. Z czasem poruszanie się, walka i eksploracja zaczynają się dzięki temu naturalnie przenikać, a Vampire Killer staje się nie tylko bronią, ale jednym z najważniejszych narzędzi Rose podczas całej przygody.

Castlevania: Belmont’s Curse oferuje prawdziwe wyzwania

Rozgrywka w Castlevania: Belmont’s Curse już od pierwszych minut jest zdecydowanie bardziej „starą dobrą Castlevanią” niż „nowoczesną, superszybką metroidvanią”. Rose potrafi sprawnie poruszać się po świecie, ale nie jest bohaterką, która w zawrotnym tempie przelatuje przez kolejne pomieszczenia. Jej ruch ma pewien ciężar, skoki trzeba odpowiednio wymierzyć, a podczas bardziej skomplikowanych sekwencji ogromne znaczenie ma timing. Evil Empire bardzo świadomie wykorzystuje ten charakter sterowania, ponieważ Belmont’s Curse potrafi zamienić zwykłe przejście z jednego miejsca do drugiego w naprawdę wymagającą zręcznościową próbę. Już na początku trzeba nauczyć się odpowiedniego bujania na biczu, wybierać właściwy moment puszczenia uchwytu i kontrolować lot Rose, ale wraz ze zdobywaniem kolejnych możliwości poziom skomplikowania tych fragmentów wyraźnie rośnie.

Znakomicie wspominam szczególnie momenty, w których gra zmuszała mnie do wykorzystania niemal całego zestawu poznanych wcześniej umiejętności w ramach jednej, dłuższej sekwencji. Odbicie od ściany, wskoczenie w lustro, błyskawiczna reakcja po pojawieniu się po drugiej stronie, wykorzystanie zdolności błyskawicznego przemieszczania się i złapanie biczem następnego punktu zaczepienia - a wszystko to bez chwili odpoczynku, często w otoczeniu przeciwników oraz kolejnych zagrożeń. W takich sytuacjach Belmont’s Curse potrafi naprawdę mocno sprawdzić znajomość sterowania, ponieważ nie wystarczy wiedzieć, co Rose potrafi. Trzeba jeszcze połączyć jej możliwości w odpowiedniej kolejności i wykonać wszystkie ruchy z dużą precyzją. Twórcy bardzo chętnie dokładają do tego kolce na ścianach, przepaście czy inne pułapki, więc jeden źle wymierzony skok lub zbyt późno użyty bicz może sprawić, że całą kombinację trzeba rozpocząć od początku.

I takie atrakcje nie są zarezerwowane wyłącznie na koniec przygody. Już początkowe fragmenty potrafią postawić przed graczem konkretne wymagania, natomiast w drugiej połowie przygody Evil Empire zdecydowanie podkręca poziom trudności, coraz częściej łącząc różne mechaniki i oczekując swobodnego korzystania ze zdobytych zdolności. Bardzo podoba mi się przy tym sposób, w jaki twórcy rozłożyli najtrudniejsze próby - wiele najbardziej wymagających sekwencji prowadzi do opcjonalnych miejsc, więc ukończenie ich nie blokuje dalszej przygody, ale jest odpowiednio nagradzane. Warto zaglądać w takie zakamarki, ponieważ możemy w ten sposób zwiększyć maksymalny pasek zdrowia lub many, a satysfakcja z dotarcia do nagrody po kilku nieudanych próbach jest naprawdę duża.

Walka w Castlevania: Belmont’s Curse? Satysfakcja i strategia

A jak wygląda kwestia walki? Recenzowana Castlevania: Belmont’s Curse może pod tym względem zaskoczyć, ponieważ wbrew pozorom nie jest szczególnie trudną produkcją. Evil Empire przygotowało rozbudowany system, zapewniło bohaterce dostęp do wielu rodzajów uzbrojenia, a jednocześnie pozwoliło jej systematycznie rozwijać umiejętności. W rezultacie Rose z każdą kolejną godziną staje się coraz potężniejsza, a gracz otrzymuje coraz więcej możliwości radzenia sobie z nawet najbardziej wymagającymi przeciwnikami. I choć początkowo zastanawiałem się, czy twórcy nie przesadzili z ułatwianiem kolejnych starć, z czasem zacząłem doceniać sposób, w jaki wszystkie te systemy ze sobą współpracują.

Przez pierwsze godziny Rose systematycznie rozbudowuje swój arsenał. Zaczynamy od zwykłego miecza, ale szybko pojawiają się kolejne rodzaje uzbrojenia - włócznie, rękawice, potężniejsze miecze czy też zestawy składające się z miecza oraz tarczy. Każda broń posiada własne statystyki i specjalną umiejętność, dzięki czemu różnice nie ograniczają się wyłącznie do zadawanych obrażeń. Włócznią możemy przykładowo rzucić w przeciwnika, tarcza pozwala wyprowadzić dodatkowy atak, a rękawice zachęcają do znacznie bardziej bezpośredniej walki. Poszczególne bronie różnią się również tempem zadawania ciosów i zasięgiem, więc warto poświęcić trochę czasu na znalezienie ulubionego oręża. Nie mamy jednak do czynienia z wyjątkowo rozbudowanym systemem ulepszania wyposażenia - lepszy sprzęt zdobywamy przede wszystkim podczas eksploracji, znajdując coraz potężniejsze wersje znanych już przedmiotów.

Muszę jednak przyznać, że pomimo dostępności tak wielu rodzajów uzbrojenia, przez znaczną część przygody i tak najchętniej korzystałem z klasycznego bicza Belmontów. Trudno uznać to za wielkie zaskoczenie, ponieważ właśnie ta broń najlepiej pasuje mi do realiów Castlevanii, ale nie chodzi wyłącznie o sentyment. Bicz okazał się w moich rękach niezwykle skuteczny - pozwalał utrzymywać odpowiedni dystans, sprawnie eliminować kolejnych przeciwników i dobrze współpracował z pozostałymi możliwościami Rose. Nie miałem więc większej potrzeby, by regularnie zmieniać wyposażenie, choć doceniam, że Evil Empire pozostawiło graczom sporą swobodę. Ktoś może preferować cięższy oręż i mocniejsze pojedyncze uderzenia, a ktoś inny postawi na szybkie kombinacje. Ja po prostu bardzo szybko znalazłem styl, który odpowiadał mi najbardziej.

Na tym jednak możliwości ofensywne bohaterki się nie kończą. Wspomniana wcześniej talia tarota zapewnia dostęp do coraz potężniejszych zaklęć, które potrafią całkowicie zmienić przebieg starcia. Rose może posyłać w stronę przeciwników ogniste pociski, wykorzystywać święty oręż tajemniczego „Upadłego”, który ma istotną rolę w historii czy też wywoływać potężną falę ognia. Magiczne zdolności również możemy rozwijać, ale w tym przypadku nie wystarczy po prostu znaleźć lepszego przedmiotu. Każda moc posiada określone wymagania, a jednym ze sposobów jej ulepszenia jest pokonanie odpowiedniej liczby przeciwników przy wykorzystaniu konkretnego zaklęcia. To całkiem przyjemne rozwiązanie, ponieważ zachęca do eksperymentowania i regularnego korzystania z różnych kart, zamiast ograniczania się do jednej ulubionej umiejętności.

Podczas eksploracji zbieramy również relikty wpływające na możliwości ofensywne i defensywne Rose. To już zdecydowanie bardziej klasyczny system, dobrze znany z wielu innych przedstawicieli gatunku, ale pozwalający dodatkowo dostosować bohaterkę do własnych preferencji. Możemy więc korzystać z różnych rodzajów uzbrojenia, rozwijać zaklęcia, wybierać odpowiednie relikty i stopniowo budować zestaw umiejętności najlepiej odpowiadający naszemu stylowi.

Rozwój w Castlevania: Belmont’s Curse. Rose wciąż się uczy

Twórcy przygotowali jednak jeszcze jeden element rozwoju, który początkowo mnie zaskoczył. Rose zdobywa klasyczne punkty doświadczenia, awansuje na kolejne poziomy i automatycznie zwiększa swoje statystyki ataku oraz obrony. Nie znajdziemy tutaj rozbudowanego drzewka umiejętności ani konieczności ręcznego rozdysponowywania punktów - wszystko odbywa się w tle, podczas zwykłej eksploracji i eliminowania przeciwników. Z pozoru jest to drobny dodatek, ale w praktyce ma ogromny wpływ na balans całej przygody. Rose nie tylko zdobywa coraz lepsze bronie i potężniejsze zaklęcia, lecz także sama staje się silniejsza. W rezultacie powrót do wcześniej odwiedzanych lokacji potrafi świetnie pokazać, jak dużą drogę przeszła bohaterka, ponieważ przeciwnicy, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej stanowili zagrożenie, teraz często nie są w stanie sprawić jej większych problemów.

I właśnie połączenie tych wszystkich systemów sprawia, że Castlevania: Belmont’s Curse nie jest przesadnie wymagającą grą pod względem walki. Nie oznacza to oczywiście, że przez całą przygodę bez najmniejszych problemów eliminowałem każdego napotkanego przeciwnika. Evil Empire regularnie przygotowuje zamknięte areny, na których musimy przetrwać nawet sześć, siedem czy dziewięć fal wrogów. W takich momentach bardzo szybko okazuje się, że bezmyślne wciskanie przycisku ataku nie jest najlepszym rozwiązaniem. Trzeba odpowiednio wykorzystywać uniki, pamiętać o możliwościach bicza, kontrolować sytuację na ekranie i reagować na potężniejsze ataki. Szczególnie gdy jednocześnie pojawia się kilku różnych przeciwników, a każdy z nich próbuje zaatakować Rose w nieco inny sposób.

Podobnie wygląda sytuacja z bossami, których w Belmont’s Curse naprawdę nie brakuje. I tutaj muszę pochwalić deweloperów, ponieważ projekty największych przeciwników potrafią być wprost fantastyczne. Niektóre bestie imponują rozmiarami, inne zaskakują wyglądem, a kolejne wykorzystują niezwykłe umiejętności, które znakomicie pasują do mrocznego świata Castlevanii. Same pojedynki są odpowiednio rozbudowane - bossowie dysponują różnymi kombinacjami ataków, potrafią kontrolować sporą część areny i zmuszają do  wykorzystywania zdobytych wcześniej możliwości. Nie są to jednak starcia, podczas których przez kilkadziesiąt minut bezskutecznie próbowałem pokonać jedną bestię. W moim przypadku najczęściej wystarczały trzy do pięciu podejść, by poznać najważniejsze ruchy przeciwnika, zrozumieć jego zachowanie i ostatecznie odnieść zwycięstwo.

Nie będę przy tym ukrywał, że moim zdaniem największym przeciwnikiem w Castlevania: Belmont’s Curse jest... własny pośpiech. To jedna z tych produkcji, w których próba jak najszybszego zakończenia pojedynku potrafi przynieść więcej problemów niż korzyści. Wystarczy źle wymierzony unik, niepotrzebne skrócenie dystansu albo próba wyprowadzenia dodatkowego ciosu w niewłaściwym momencie, by Rose znalazła się w bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Tymczasem odrobina cierpliwości, obserwowanie animacji przeciwnika i świadome korzystanie z dostępnych umiejętności potrafią całkowicie odmienić przebieg walki. Nie trzeba tutaj wykonywać dziesiątek perfekcyjnych kombinacji – znacznie ważniejsze jest zrozumienie, kiedy zaatakować, kiedy się wycofać i kiedy wykorzystać odpowiednią moc.

Osobny akapit należy się również zwykłym przeciwnikom, ponieważ Castlevania: Belmont’s Curse oferuje naprawdę imponującą galerię potworów. Oczywiście nie mogło zabraknąć klasycznych zombie, szkieletów czy nietoperzy, które od lat są nieodłącznym elementem tego uniwersum, ale wraz z postępami zaczynamy spotykać coraz bardziej osobliwe stworzenia. Na drodze Rose stają między innymi ogromne czaszki, niewielkie gnomy, opancerzeni rycerze oraz różnego rodzaju nadnaturalne bestie. Poszczególni przeciwnicy nie tylko różnią się wyglądem, ale również zachowaniem, dzięki czemu podczas eksploracji regularnie musimy dostosowywać sposób walki do aktualnej sytuacji. Moim zdecydowanym faworytem pozostaje jednak wielkie, latające oko. To jeden z tych projektów, przy których trudno nie docenić wyobraźni artystów z Evil Empire. Stworzenie wygląda jednocześnie groteskowo, niepokojąco i absurdalnie, ale właśnie dzięki temu znakomicie wpisuje się w charakter Castlevanii. Podobnych pomysłów jest zresztą więcej, a różnorodność bestiariusza sprawia, że nawet po wielu godzinach eksploracji można natrafić na przeciwnika, który przyciągnie uwagę samym wyglądem. Deweloperzy bardzo dobrze rozumieją, że w takim uniwersum potwory powinny być nie tylko przeszkodą do pokonania, ale również ważnym elementem budowania charakteru całego świata.

Ostatecznie mam więc dość nietypowy wniosek. Castlevania: Belmont’s Curse nie jest wyjątkowo trudną grą, ale absolutnie nie traktuję tego jako jej wady. Evil Empire zaskakująco dobrze zapanowało nad balansem pomiędzy rozwojem bohaterki, zdobywaniem coraz potężniejszych umiejętności i wymaganiami stawianymi podczas kolejnych starć. Rose systematycznie staje się silniejsza, ale jednocześnie gracz coraz lepiej poznaje jej możliwości, uczy się zachowania przeciwników i zaczyna znacznie sprawniej wykorzystywać dostępny arsenał. Dzięki temu postępy wynikają nie tylko z rosnących statystyk, lecz także z naszego doświadczenia. Nie jest to produkcja, która próbuje udowodnić swoją wartość zaporowym poziomem trudności - zamiast tego zapewnia ogromną przyjemność z walki, pozwala cieszyć się rozwojem postaci i regularnie nagradza za coraz lepsze opanowanie jej możliwości.

Castlevania: Belmont’s Curse to po prostu idealne połączenie

Castlevania: Belmont’s Curse zachwyca również oprawą graficzną, która jest bez wątpienia jednym z największych atutów całej produkcji. Evil Empire postawiło na charakterystyczny, malarski styl, dzięki któremu niemal każda odwiedzana lokacja wygląda niczym starannie przygotowana ilustracja. Ręcznie malowane tła potrafią oczarować bogactwem szczegółów, a twórcy znakomicie wykorzystują gotycką architekturę, ogromne witraże, monumentalne komnaty czy mroczne katakumby. Szczególnie podoba mi się operowanie kolorami - z jednej strony przemierzamy pomieszczenia skąpane w chłodnej zieleni i błękicie, a chwilę później trafiamy do lokacji zdominowanych przez intensywną czerwień, fiolet czy pomarańczowe światło płomieni. Każdy większy obszar ma dzięki temu własną tożsamość, a przechodzenie pomiędzy kolejnymi częściami Paryża i zamku potrafi być prawdziwą przyjemnością.

W Castlevania: Belmont’s Curse grałem na PlayStation 5 Pro i przez całą przygodę mogłem liczyć na stabilne 60 klatek na sekundę, bez zauważalnych spadków płynności czy innych problemów technicznych, które mogłyby przeszkadzać w zabawie. Szczerze mówiąc nie jest to jednak duża niespodzianka - nie mówimy tutaj przecież o najbardziej widowiskowej grze aktualnej generacji, ale bez wątpienia tytuł ma swoją duszę.

Nie mogę również pominąć udźwiękowienia, ponieważ ścieżka dźwiękowa Castlevania: Belmont’s Curse w przyjemny sposób rozbudowuje doświadczenie. Kompozytorzy doskonale zrozumieli, jak ważnym elementem tożsamości całej serii od zawsze była muzyka, dlatego podczas eksploracji regularnie towarzyszą nam utwory, które znakomicie podkreślają charakter odwiedzanych miejsc. Raz są to bardziej klimatyczne, gotyckie melodie budujące atmosferę tajemnicy, a innym razem znacznie dynamiczniejsze kompozycje, które wręcz zachęcają do dalszego przedzierania się przez kolejne pomieszczenia i eliminowania przeciwników.

I właśnie podczas pisania tej recenzji coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że Konami nie mogło lepiej wybrać studia odpowiedzialnego za powrót Castlevanii. Evil Empire wydaje się wręcz idealnym zespołem do rozwijania tego uniwersum. Deweloperzy zdobywali doświadczenie przy Dead Cells, nauczyli się projektować wymagające sekwencje zręcznościowe, satysfakcjonującą walkę i różnorodnych przeciwników, a następnie mogli wykorzystać tę wiedzę podczas tworzenia pełnoprawnej odsłony legendarnej serii. Twórcy nie próbowali jednak na siłę przenosić wszystkich swoich wcześniejszych pomysłów do nowej produkcji. Belmont’s Curse jest znakomitym połączeniem doświadczenia Evil Empire z dziedzictwem Castlevanii - zachowuje klasyczne fundamenty marki, ale jednocześnie korzysta z rozwiązań, które sprawiają, że rozgrywka jest przyjemna również dla współczesnego odbiorcy. Im dłużej zastanawiam się nad całym projektem, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to właśnie takie współprace mogą być przyszłością najważniejszych marek Konami. Japończycy znaleźli twórców, którzy nie tylko doskonale rozumieją Castlevanię, ale przede wszystkim wiedzą, jak sprawić, żeby ponownie zachwycała graczy.

Czy warto zagrać w Castlevania: Belmont’s Curse?

Castlevania: Belmont’s Curse to znakomity powrót legendarnej serii, który udowadnia, że Konami podjęło świetną decyzję, powierzając rozwój marki zespołowi Evil Empire. Twórcy przygotowali zaskakująco przyjemną, osobistą historię Rose Belmont, umiejętnie wykorzystali dziedzictwo jej rodziny i połączyli fabularne wydarzenia z kolejnymi możliwościami bohaterki. Wszystko to zostało obudowane świetną rozgrywką, w której eksploracja, wymagające sekwencje zręcznościowe, rozwój postaci i satysfakcjonująca walka tworzą niezwykle spójną całość. Dorzućmy do tego kapitalną oprawę, pomysłowych przeciwników oraz świetnie zaprojektowanych bossów, a otrzymamy przygodę, od której naprawdę trudno się oderwać.

Nie oznacza to jednak, że Belmont’s Curse jest rewolucją w gatunku metroidvanii. Wręcz przeciwnie - Evil Empire w wielu miejscach nie próbuje nawet zaskakiwać graczy, ponieważ świadomie korzysta z rozwiązań, które od lat stanowią fundament zarówno samej Castlevanii, jak i całego gatunku. Odkrywanie kolejnych przejść, zdobywanie nowych umiejętności, powroty do wcześniej odwiedzonych lokacji czy rozwijanie arsenału to przecież doskonale znane mechaniki. Również walka nie stawia przed nami zaporowych wyzwań, a część systemów rozwoju pozostaje stosunkowo prosta.

Castlevania powróciła w znakomitych barwach i właśnie na taką przygodę warto było czekać. Evil Empire wykorzystało doświadczenie, ale jednocześnie zachowało charakter i tożsamość marki, dzięki czemu Belmont’s Curse nie sprawia wrażenia eksperymentu, lecz naturalnej kontynuacji dziedzictwa serii. To produkcja, która potrafi zapewnić ogromną satysfakcję z odkrywania świata, regularnie nagradza za ciekawość i sprawia, że z przyjemnością wracamy do kolejnych zakamarków zamku. Nie jest to może nowy punkt odniesienia dla gatunku, ale bez wątpienia jedna z tych gier, obok których żaden fan Castlevanii nie powinien przejść obojętnie. Jeśli tak ma wyglądać przyszłość rodu Belmontów, to pozostaje mieć nadzieję, że na następną odsłonę nie będziemy musieli czekać kolejnych kilkunastu lat.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Advertisement

Ocena - recenzja gry Castlevania: Belmont's Curse

Atuty

  • Zaskakująco dobra, osobista historia Rose Belmont,
  • Świetne wykorzystanie dziedzictwa uniwersum Castlevanii,
  • Wymagające i satysfakcjonujące sekwencje zręcznościowe,
  • Bardzo dobre wykorzystanie bicza podczas walki i eksploracji,
  • Ciekawy system kart tarota łączący fabułę z rozgrywką,
  • Rozbudowany arsenał i różnorodne zdolności magiczne,
  • Przepiękna, ręcznie malowana oprawa graficzna.

Wady

  • Gra nie wprowadza większych innowacji do gatunku metroidvanii,
  • Walki z bossami mogłyby stanowić większe wyzwanie.

Castlevania: Belmont’s Curse to znakomity powrót legendarnej serii, który łączy zaskakująco dobrą, osobistą historię Rose Belmont ze świetną eksploracją, wymagającymi wyzwaniami zręcznościowymi i satysfakcjonującą walką. Evil Empire nie próbuje rewolucjonizować gatunku, lecz znakomicie wykorzystuje jego sprawdzone fundamenty, oferując przepiękną oprawę, fantastycznych przeciwników i świetnie wyważoną rozgrywkę. To dokładnie taka Castlevania, na jaką fani czekali od lat, i dowód, że Konami nie mogło lepiej wybrać twórców odpowiedzialnych za powrót rodu Belmontów.
Graliśmy na: PS5

Wojciech Gruszczyk Strona autora
Miał przyjść do redakcji zrobić kilka turniejów, ale cytując klasyka „został na dłużej”. Szybko wykazał się pracowitością, dzięki której wyrobił sobie pozycję w redakcji i zajmuje się różnymi tematami. Najchętniej przedstawia wiadomości ze świat gier, rozrywki i technologii oraz przygotowuje recenzje gier i sprzętu. Jeśli jest zadanie – Wojtek na pewno się z nim zmierzy. 
cropper