Assassin's Creed Black Flag Resynced - recenzja i opinia o grze [PC/PS5/XSX|S]. Czarna bandera
W ostatnich latach seria Assassin’s Creed przyzwyczaiła nas do monumentalizmu, który potrafił wręcz przytłoczyć. Gigantyczne, bezkresne mapy w Origins, Odyssey, Valhalli czy najnowszym Shadows zmuszały nas do spędzania setek godzin na przemierzaniu starożytnego Egiptu, antycznej Grecji, mroźnej Anglii czy feudalnej Japonii. Nic więc dziwnego, że zapowiedź recenzowanego właśnie teraz Assassin's Creed Black Flag Resynced zelektryzowała społeczność graczy.
Powszechnie oczekiwano powrotu do czegoś mniejszego, bardziej skondensowanego i kameralnego - pirackiego remake’u z Karaibami w tle, który pozwoli odpocząć od przepastnych kontynentów. Czy jednak na pewno ta gra jest tak mała, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, a prawda o skali projektu ujawnia się dopiero wtedy, gdy po raz pierwszy staniemy za sterami okrętu i spojrzymy na linię horyzontu. Produkcja ta została zbudowana całkowicie od nowa na najnowszej wersji silnika Anvil - tego samego, który napędza AC Shadows. Ubisoft Singapore, pełniący tu rolę głównego studia deweloperskiego, nie poszedł na łatwiznę. Choć ramy geograficzne pozostały wierne oryginałowi z 2013 roku, to technologiczny skok i zagęszczenie zawartości sprawiają, że określenie „mała gra” staje się w tym przypadku mocno krzywdzące.
Zanim jednak zagłębimy się w bezwzględną mechanikę przetrwania na morzu, skupmy się na tym, co zawsze stanowiło kręgosłup tej pirackiej odysei - na warstwie fabularnej. Przenosimy się na początek XVIII wieku, w sam środek Złotej Ery Piractwa. Głównym bohaterem jest Edward Kenway, zbuntowany i niezwykle charyzmatyczny kapitan, który ponad wszystko ceni sobie złoto, sławę i bezwzględną wolność. Edward nie jest jednak typowym, szlachetnym Asasynem, do jakich przyzwyczaiła nas seria - to egoistyczny awanturnik, który wplątuje się w odwieczny konflikt między Bractwem a Zakonem Templariuszy całkowicie przez przypadek, szukając jedynie sposobu na szybkie wzbogacenie się.
Trzeba to powiedzieć jasno: fabuła w AC Black Flag Resynced to absolutny majstersztyk, który potrafi trzymać w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Historia skupia się na wyścigu po kontrolę nad Obserwatorium - mityczną strukturą Pierwszej Cywilizacji, która pozwala na szpiegowanie każdego człowieka na świecie za pomocą zaledwie jednej kropli jego krwi. Obserwowanie, jak Edward balansuje na granicy lojalności wobec swoich pirackich towarzyszy, a własnymi, materialnymi ambicjami, potrafi autentycznie poruszyć. To opowieść o dojrzewaniu, stracie i cenie, jaką trzeba zapłacić za absolutną wolność.
Jako recenzent muszę podkreślić, że odnowione scenki przerywnikowe ogląda się z zapartym tchem. Twórcy z ogromną starannością przepisali mimikę postaci i wyreżyserowali na nowo kluczowe momenty dramatyczne. Gra zyskała niesamowitą filmowość, a postacie poboczne zyskały drugie życie, stając się jeszcze bardziej wyraziste i ludzkie. Co więcej, scenariusz nie ogranicza się jedynie do odtworzenia znanych nam już wydarzeń. Gra otrzymała zupełnie nową, rozbudowaną zawartość fabularną, o której szerzej opowiem w dalszej części tekstu, a która idealnie uzupełnia historię Edwarda.
Świat ukryty w gołębnikach i misjach oficerów
Poza głównym wątkiem, świat recenzowanego Assassin's Creed Black Flag Resynced tradycyjnie pęka w szwach od zadań pobocznych, które w Resynced podzielono na kilka bardzo konkretnych kategorii. Pierwszą z nich są klasyczne Kontrakty Asasynów, które przyjmujemy ze specjalnych gołębników rozproszonych po całych Karaibach. Te misje są z reguły proste i sprowadzają się do cichej infiltracji strzeżonej strefy i eliminacji wskazanego celu. Choć nie wymagają one wielkiego kombinowania, stanowią przyjemną odskocznię i pozwalają przetestować nasze umiejętności skradania się w gęstej, karaibskiej roślinności.
Zdecydowanie ciekawsza sytuacja rysuje się przy Polowaniach na Templariuszy. Aby dopaść kluczowych członków Zakonu i zdobyć cenne klucze do zbroi w naszej kryjówce na Wielkiej Inagui (czyli naszej kryjówce, którą ulepszamy za zebrane monety), musimy wykonać całe minikampanie składające się z kilku powiązanych ze sobą zadań. Co najważniejsze, misje te pozwalają nam bliżej poznać naszych zleceniodawców - takich jak Rhona Dinsmore czy Opia Apito. Zanim dojdzie do ostatecznej konfrontacji z celem, bierzemy udział w śledztwach, bronimy lokalnych biur Bractwa przed atakami czy uczestniczymy w wyścigach myśliwskich, co buduje świetne tło narracyjne.
Prawdziwą nowością w strukturze zadań pobocznych są jednak dedykowane misje trzech nowych oficerów marynarki, których możemy zwerbować na pokład Kawki: Padre, Lucy Baldwin oraz Tobiasa „Deadmana” Smitha. Każda z tych postaci posiada własną, unikalną linię questów, pozwalającą nam zgłębić ich burzliwą i często tragiczną przeszłość. Dla przykładu, zmagający się z własnymi demonami Padre szuka odkupienia za dawne grzechy, a historia Tobiasa Smitha rozpoczyna się od niezwykle zaskakującego momentu, gdy znajdujemy go uwięzionego w nietypowym miejscu.
Szczególnie mocno zapada w pamięć wątek Lucy Baldwin w zadaniu. Lucy to genialna szkutniczka, która zmaga się z ogromnymi problemami rodzinnymi i osobistymi dramatami, będąc uwięzioną przez hiszpańskie władze u wybrzeży Salt Key. Pomagając jej w ucieczce i rozwiązaniu jej spraw, nie tylko zyskujemy oddaną towarzyszkę, która odblokowuje potężną zdolność dla naszego okrętu związaną z unikaniem obrażeń, ale też bierzemy udział w jednej z ciekawszych serii zadań w całej grze - oprócz wątku głównego.
Mniejsze wyspy, większe morze: Problem skali
Wszystko to brzmi niezwykle obiecująco, jednak z Assassin’s Creed Black Flag Resynced wiąże się jeden, fundamentalny problem konstrukcyjny. Przed premierą gra była promowana jako powrót do mniejszej, klasycznej formuły serii. I rzeczywiście - pod wieloma względami tak jest. Każda pojedyncza wysepka, miasteczko czy fort, na którym przyjdzie nam wylądować, to obiekty o bardzo skromnych rozmiarach. Zapomnijcie o rozległych prowincjach z Valhalli - tutaj lokacje lądowe zwiedza się w zaledwie kilka minut, a liczba znajdziek na nich ukrytych jest stosunkowo niewielka.
Gdzie zatem podziała się cała ta przestrzeń? Odpowiedź brzmi: na wodzie. Blisko jedna trzecia, a momentami nawet połowa czasu gry upływa nam na pełnym morzu. O ile w Origins przemierzaliśmy spalone słońcem piaski, a w Valhalli brodziliśmy w angielskich bagnach, tak tutaj naszym głównym środowiskiem życia staje się pokład Kawki. Ta zmiana akcentów sprawia, że gra ma zupełnie inny rytm. Zamiast tradycyjnego parkouru po dachach wielkich metropolii, przez lwią część zabawy zajmujemy się manewrowaniem między falami, zarządzaniem żaglami i obserwowaniem horyzontu przez lunetę.
I to właśnie w tym miejscu pojawia się największy zgrzyt recenzowanego Assassin's Creed Black Flag Resynced. Aktywności związane z walką morską, choć zrealizowane z ogromnym rozmachem i napędzane świetną fizyką fal, na dłuższą metę stają się potwornie powtarzalne. Atakowanie hiszpańskich i brytyjskich konwojów, ostrzeliwanie fregat czy niszczenie liniowców po raz setny z rzędu potrafi po prostu znużyć. Niezależnie od tego, jak bardzo ekscytujące są pierwsze godziny spędzone na morzu, pod koniec gry mechanizm ten staje się rutyną.
Nawet fakt, że nieustannie ulepszamy Kawkę, dokupując potężniejsze działa, mocniejszy kadłub czy nowe typy amunicji, nie ratuje sytuacji. Sama pętla rozgrywki na wodzie pozostaje niezmienna: podpływasz, oddajesz salwę burtową, uderzasz wroga moździerzem i ostatecznie dokonujesz abordażu. Sam proces przejmowania wrogich okrętów, polegający na eliminacji kilkunastu marynarzy i odcięciu flagi, po kilkudziesięciu powtórzeniach staje się żmudnym obowiązkiem, a nie ekscytującym pirackim rzemiosłem. Szczególnie po zauważeniu po raz 50 raz tej samej scenki niszczenia hiszpańskiego statku...
Szermierka na jedno kopyto i tęsknota za nową formułą
Sporym zmianom poddano również system walki na lądzie, który w założeniach miał stawiać na zręczność i widowiskowość. Twórcy wprowadzili mechanikę tzw. idealnych parowań, które pozwalają na inicjowanie efektownych, brutalnych łańcuchów zabójstw. Mamy też możliwość przełamywania obrony wroga czy wykonywania potężnych uderzeń przy użyciu rapierów czy kordelasów. Na papierze brzmi to jak głęboki, satysfakcjonujący system.
W rzeczywistości jednak przez lwią część trwającej kilkadziesiąt godzin zabawy walka okazuje się niezwykle monotonna. Cała filozofia starć opiera się na jednym, powtarzalnym schemacie: czekamy na ruch przeciwnika, wciskamy przycisk parowania w odpowiednim momencie, a następnie wykonujemy natychmiastowe wykończenie ukrytym ostrzem lub pistoletem. Gra oferuje co prawda takie mechaniki jak kopnięcia czy podcięcia, ale w starciach z bardziej zaawansowanymi archetypami wrogów, jak chociażby elitarne jednostki z garłaczami i granatami, te sztuczki rzadko działają, gdyż przeciwnicy błyskawicznie robią uniki.
W efekcie przez 40–60 godzin potrzebnych na pełne ukończenie gry robimy dokładnie to samo. Jeśli mam być całkowicie szczery, starcia z wykorzystaniem specjalnych zdolności aktywne w Valhalli czy zapowiadane w Shadows były dla mnie o wiele bardziej zjawiskowe, angażujące i konkretne. Tam system RPG pozwalał na eksperymentowanie ze stylem gry, tworzenie unikalnych buildów i widowiskowe czyszczenie obozów wroga. W Black Flag Resynced wszystko wydaje się uszyte na jedno kopyto, a starcia lądowe szybko zamieniają się w powtarzalny festiwal kontrataków.
Kolejnym potężnym minusem omawianej gry jest przestarzała konstrukcja samych misji oraz kompletny brak jakichkolwiek angażujących zagadek środowiskowych. Powracające Stele Majów, które w teorii miały zmuszać do myślenia, są banalnie proste do ułożenia - dopasowanie geometrycznego wzoru do otoczenia zajmuje dosłownie kilka sekund i poradzi sobie z tym absolutnie każdy. Brakuje tu jakiegokolwiek wyzwania dla intelektu gracza.
W tym miejscu z ogromną nostalgią wspominam aktywności poboczne z AC Valhalla. Tamtejsze układanie kopców z kamieni, poszukiwanie przeklętych symboli czy jedzenie halucynogennych grzybków miały w sobie unikalny urok i sprawiały, że czyszczenie kolejnych regionów mapy nie nudziło, oferując dużą różnorodność wyzwań. W AC Black Flag Resynced każda aktywność, niezależnie od tego, czy mówimy o zdobywaniu fortów, czy eksploracji jaskiń, sprowadza się w 95% do prostej, powtarzalnej walki z grupą wrogów na lądzie czy morzu. Przez to czyszczenie mapy z wysepek i innych znaczników jest po prostu nużące - znacznie bardziej niż w nowej formule serii z wielkimi mapami. Forty i polowania na zwierzęta cieszą, ale tylko przy pierwszych próbach obcowania z tymi aktywnościami, a potem również i to jest do bólu powtarzalne i niczym niezaskakujące (gdzie np. śledzenie zwierząt czy jakieś zwroty akcji przy przejmowaniu fortów?!).
Ekwipunek bez punktów doświadczenia: Prosta, ale przyjemna klasyka
Pewne uproszczenie gry - choć w tym konkretnym przypadku traktuję to jako zaletę - widać w systemie zarządzania ekwipunkiem. Deweloperzy zrezygnowali z cyferek, poziomów rzadkości lootu i punktów doświadczenia, wracając do klasycznych, czytelnych założeń. Edward może nosić przy sobie podwójne miecze (rapiery, kordelasy), pistolety, strój, dwa wisiorki wzmacniające wybrane statystyki oraz unikalnego pupila.
Sam system ulepszania bohatera oparto na klasycznym polowaniu i rzemiośle. Musimy tropić dzikie zwierzęta na karaibskich wyspach, oskórowywać je, a zdobyte materiały przeznaczać na crafting. W ten sposób zwiększamy maksymalne zdrowie Edwarda czy pojemność toreb na amunicję do pistoletów i/czy dmuchawki. To bardzo prosty, intuicyjny, a przy tym szalenie satysfakcjonujący mechanizm, który sprawia, że każda wizyta na nowej wyspie w poszukiwaniu rzadkiego gatunku jaguara czy nawet dzikiej świni ma realny wpływ na nasze szanse na przeżycie.
Z kolei naszą krainę na wodzie, czyli Kawkę, ulepszamy przede wszystkim za pomocą surowców zdobywanych poprzez wykonywanie zleceń morskich oraz topienie i przejmowanie wrogich okrętów. Drewno, metal i płótno są niezbędne do tego, by przekształcić nasz skromny statek w prawdziwy postrach mórz. Jednak, jak wspomniałem wcześniej, koło się zamyka: aby zdobyć zasoby na ulepszenie statku, musimy brać udział w walce morskiej, która z powodu braku większej różnorodności w schematach zadań po pewnym czasie po prostu zaczyna nużyć.
Będąc przy walkach morskich, w Wielkiej Inagui, która jest naszą kryjówką, możemy wysyłać z centrum dowodzenia statki, które wcześniej atakujemy i przejmujemy w ramach abordażu. Mamy własną flotę, którą możemy wysłać na podboje i dodatkowo zarobić, o ile wcześniej na danym regionie przejmiemy fort - czyli zniszczymy go za pomocą Kawki, co jest najciekawszą morską aktywnością w całej grze. Oprócz tego kryjówka zapewnia też wiele rozmów z kompanami, zarobek czy modernizację obiektów.
Nowy rozdział pirackiej historii
Przejdźmy teraz do tego, co w recenzowanym Assassin's Creed Black Flag Resynced stanowi absolutną nowość. Twórcy nie ograniczyli się jedynie do odświeżenia oprawy wizualnej - gra otrzymała ponad 6 godzin zupełnie nowej zawartości fabularnej, która w kapitalny sposób rozbudowuje uniwersum. Kluczowym elementem tej nowej zawartości jest zupełnie nowa linia zadań dostępna pod sam koniec opowieści.
Ten nowy rozdział w historii Edwarda Kenwaya odblokowuje się po ukończeniu Sekwencji 11 i rozpoczyna się od niespodziewanej wizyty w naszej bazie na Wielkiej Inagui. Głównym antagonistą tego wątku staje się bezwzględny kapitan, który stawia sobie za punkt honoru zniszczenie Edwarda oraz zatopienie jego okrętu, czyli Kawki. Cała minikampania składa się z ośmiu unikalnych misji endgame’owych, które zmuszają nas do zbierania informacji wywiadowczych po całych Karaibach i brania udziału w spektakularnych bitwach morskich. Brzmi świetnie, ale tylko dla kogoś, kto da radę spędzić kolejne godziny na morzu...
Kolejną fantastyczną nowością są rozbudowane misje poboczne dedykowane dawnym towarzyszom Edwarda. W jednej z misji wykorzystujemy mapę skarbów ukrytą w kapeluszu Czarnobrodego, biorąc udział w emocjonującym wyścigu po jego legendarny majątek. Z kolei jeszcze inne zadanie pozwala nam odpowiedzieć na zaproszenie od naszego starego przyjaciela z początku zabawy i tak dalej... Nowej zawartości jest sporo - w tym morskie lokacje, które możemy zwiedzać na rozmaite sposoby. Raz unikając rekina, a raz walcząc z powietrzem i szukając beczek, które zapewnią nam chwilę oddechu.
Karaibskie słońce i technologiczna idylla
Pod względem technicznym i optymalizacyjnym recenzowany Assassin's Creed Black Flag Resynced na PlayStation 5 prezentuje się bardzo stabilnie i nie sprawia większych problemów. Deweloperzy zaoferowali dwa tryby graficzne - jeden 60 FPS, drugi 30 FPS z lepszą warstwą wizualną. Testując grę, nie natknąłem się na żadne krytyczne błędy, które uniemożliwiałyby zabawę czy psuły zapisy rozgrywki I owszem, sporadycznie zdarzają się drobne, niemające wpływu na gameplay anomalie - jak choćby woda przenikająca przez pokład naszego statku w dziwnych miejscach czy rzadki błąd w kilku cutscenkach, gdzie głowa jednego z bohaterów potrafiła nienaturalnie się wykręcić. To jednak marginalne pierdoły, z których można się co najwyżej pośmiać.
Wielkich, irytujących bugów tutaj po prostu nie ma. Zamiast tego otrzymujemy świat, który wygląda po prostu zjawiskowo. Ubisoft w kwestii kreowania lokacji historycznych nigdy nie zawodził i omawiany AC Black Flag Resynced jest tego najlepszym potwierdzeniem. Karaibskie wyspy prezentują się zacnie, roślinność reaguje na wiatr, a woda morska ma niesamowitą głębię. Klimat piractwa jest wręcz namacalny, a śpiewane przez naszą załogę szanty (którymi zarządzamy teraz z wygodnego poziomu kołowego menu) budują niesamowitą atmosferę morskiej podróży.
Największe brawa należą się twórcom za oprawę graficzną w scenkach przerywnikowych oraz grę świateł. Dzięki pełnemu wsparciu dla Ray Tracingu (w trybie Extended na PC oraz konsolach PS5 Pro i Xbox Series X oblicza on zarówno globalne oświetlenie, jak i odbicia na powierzchniach), słońce przedzierające się przez korony drzew w dżungli czy odbijające się od tafli wody w trakcie burzy robi kolosalne wrażenie. Postacie w przerywnikach filmowych wyglądają niezwykle realistycznie, a dynamiczny system pogody i pory dnia bezpośrednio wpływa na widoczność, co zresztą powiązano z nowym wskaźnikiem wykrywalności. Finalnie jednak miejcie na uwadze, że SI wrogów dalej potrafi czasami szwankować i tak jak w ostatnich 5 odsłonach serii AC, tak i w AC Black Flag Resynced czasami możemy biec przed wrogiem 2 sekundy, a wskaźnik wykrycia jeszcze się nie napełni...
Animus Hub: Grzech pychy i ucieczka od teraźniejszości
Niestety, nienaganna strona wizualna i technologiczna zostaje brutalnie zderzona z decyzją biznesową, która dla wielu ortodoksyjnych fanów serii będzie trudna do przełknięcia. Mowa o całkowitym usunięciu tradycyjnego wątku współczesnego. Zamiast eksploracji biur Abstergo Entertainment, hakowania komputerów i powolnego odkrywania spisku we współczesności, Ubisoft zaserwował nam znienawidzony interfejs Animus Hub (znany wcześniej jako platforma przy AC Shadows).
To ogromny krok w tył. Zamiast intrygującej opowieści w czasach nowożytnych, zmuszeni jesteśmy do obcowania z menusami, które pozwalają nam przeglądać totalne pierdoły, codexy, statystyki czy brać udział w cyklicznych projektach społecznościowych. Ubisoft ewidentnie dalej nie rozumie swojego błędu, uparcie forsując tę platformę i odzierając serię z jednego z jej najbardziej unikalnych elementów tożsamościowych.
Na osłodę twórcy przygotowali w ramach Animus Hub cztery unikalne misje fabularne zatytułowane Szczelinami. Przedstawiają one alternatywne scenariusze typu „co by było, gdyby...” z życia Edwarda Kenwaya i jego bliskich. I tak w tychże "scenariuszach" sprawdzamy, co wydarzyłoby się, gdyby Edward dotrzymał obietnicy danej Caroline i tym podobne.
Te misje to łącznie około godziny dodatkowej, bądź co bądź ciekawej zabawy, w którą warto zainwestować czas - zwłaszcza pod koniec gry, kiedy odblokowują się ostatnie dwa wspomnienia. Te alternatywne opowieści są zrealizowane z pomysłem i potrafią zaskoczyć, bo to całkowita nowość, jednak niestety mimo swojej niewątpliwej jakości, wciąż w najmniejszym stopniu nie zastępują one pełnoprawnego, ciągłego wątku współczesnego w świecie rzeczywistym.
Podsumowanie: Czy warto podnieść czarną banderę?
Mówiąc bez ogródek: recenzowany Assassin's Creed Black Flag Resynced to bardzo dobra, rzetelnie przygotowana produkcja, która bez problemu obroni się przed krytyką czystą jakością wykonania. Główny wątek fabularny, dopisane misje z polowaniami na Templariuszy oraz wieloetapowe, dojrzałe zadania naszych oficerów to elementy zrealizowane na najwyższym poziomie, które potrafią autentycznie zachwycić. Remake zachwyca filmowością, nową zawartością endgame'ową oraz oprawą wizualną, która na nowym silniku Anvil i z Ray Tracingiem wygląda po prostu zjawiskowo.
Jednakże na dłuższą metę zarówno walka morska, jak i lądowa potrafią człowieka zwyczajnie zmęczyć. Mogliśmy w ostatnich latach głośno narzekać na nową, erpegową formułę serii, ale prawda jest taka, że w Origins, Odyssey, Shadows czy Valhalli system starć dzięki unikalnym zdolnościom i umiejętnościom był o niebo bardziej efektowny i różnorodny. Tam trwające 60 godzin czyszczenie mapy nie nudziło tak szybko jak tutaj, gdzie niemal każdą potyczkę wykonujemy za pomocą identycznego schematu parowania uderzeń miecza i kontry ukrytym ostrzem.
Do tego dochodzi nieszczęsny brak jakichkolwiek ciekawszych zagadek logicznych - tutejsze znajdźki i mechaniki środowiskowe to prosta sprawa, która nie wymaga od nas ani sekundy dłuższego główkowania. Pod tym względem nowsze odsłony oferowały znacznie bardziej zróżnicowany i angażujący gameplay. Jednakże jeśli ktoś preferuje zręcznościowe pojedynki i bardzo proste aktywności, to w AC Black Flag Resynced będzie bawił się znakomicie.
Mimo tych wad, powrót na Karaiby wciąż ma w sobie mnóstwo magii i jeśli potraficie przymknąć oko na monotonię starć, spędzicie z Edwardem mnóstwo udanych chwil.
Ocena - recenzja gry Assassin’s Creed Black Flag Resynced
Atuty
- Bardzo dobry scenariusz wątku głównego
- Nowa zawartość jest świetna
- Oficerowie ratują zadania poboczne - to jedne z nielicznych questów obok Templariuszy, które zaskakują pozytywnie
- Atakowanie fortów czy polowanie to świetna zabawa przy początkach obcowania z tą aktywnością
- Podwodne lokacje wielkim atutem gry
- Prostota w ulepszaniu statku czy bohatera
- Piękna oprawa graficzna i techniczna strona filmików przerywnikowych
- Soundtrack robi ogromną robotę podczas wypraw Kawką
Wady
- Większość zadań pobocznych na jedno kopyto (walka, walka i walka - zero kreatywności)
- Cała walka opiera się na parowaniu
- Morskie starcia po kilkudziesięciu godzinach po prostu wynudzają
- Brak większych zagadek w aktywnościach opcjonalnych
- Wycięcie wątku współczesnego na rzecz 4 misji w Animus Hub
Assassin's Creed Black Flag Resynced to po prostu prawidłowa gra, która nie ma - w mojej opinii - tego czegoś, co najnowsze odsłony serii. Zmiany w walkach lądowych czy morskich sprawiają, że zabawa w pierwszych kilkunastu godzinach gry jest przednia, ale finalnie niezwykle szybko staje się po prostu monotonna.
Graliśmy na:
PS5
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (124)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych