Tomodachi Life: Living the Dream - recenzja i opinia o grze [Switch]. Najdziwniejsze IP Nintendo powraca
Nintendo kontynuuje rozwój swoich najróżniejszych IP, ale jeszcze przed nową przygodą z serii Mario, na rynek trafia Tomodachi Life: Living the Dream. Czy jednak warto zainteresować się grą? Przeczytajcie naszą recenzję.
Nintendo ma w rękawie kilka pewniaków i choć seria Tomodachi nie stoi w pierwszym rzędzie obok wszystkich przygód Mario czy następnych odsłon The Legend of Zelda, to jednak pod względem wyników naprawdę nie ma się czego wstydzić. Dwie poprzednie odsłony osiągnęły łącznie blisko 10 milionów sprzedanych egzemplarzy, co dla tak nietypowego, wręcz osobliwego IP jest rezultatem, o którym wielu wydawców może tylko pomarzyć. I właśnie to od lat najbardziej fascynuje mnie w tej marce: Nintendo wzięło pomysł, który na papierze brzmi jak dziwaczny eksperyment, a ostatecznie zamieniło go w jedną z tych serii, które przyciągają ogromną publiczność.
Bo Tomodachi Life nigdy nie próbowało być klasyczną grą Nintendo z wielką przygodą, ratowaniem świata czy widowiskową akcją. To seria oparta na prostym, ale piekielnie skutecznym założeniu. Przyjaźnie, romanse, kłótnie, absurdalne marzenia, jeszcze dziwniejsze sny i scenki, których nikt rozsądny nie byłby w stanie napisać ręcznie - właśnie na tym od lat stoi siła tej marki.
Teraz na rynek trafia Tomodachi Life: Living the Dream, a ja miałem już kilka tygodni, by sprawdzić, czy Nintendo znowu trafiło w punkt. To właśnie z takiej perspektywy podchodziłem do tej gry: nie tylko jako do powrotu lubianej marki, ale też jako do tytułu, który może wyjść daleko poza grono fanów poprzednich części i zainteresować tym IP zupełnie nowych odbiorców. Pytanie brzmi więc nie tylko „czy to wciąż działa?”, ale też „czy ta dziwna, niepozorna seria ma dziś szansę wejść na jeszcze wyższy poziom popularności?”.
Poznajcie założenia Tomodachi Life: Living the Dream
Zanim przejdę do opisywania szczegółów recenzowanego Tomodachi Life: Living the Dream, warto na początku przedstawić same założenia tego uniwersum, bo choć wielu graczy miało już okazję zatopić się w serii, to nadal mam wrażenie, że to IP nie trafiło do wielu nowych fanów Nintendo. Fundament pozostaje bardzo prosty: tworzymy własne postacie Mii, umieszczamy je na wyspie i... w zasadzie pozwalamy im żyć własnym życiem. To nie jest jednak klasyczny symulator, w którym bezpośrednio sterujemy bohaterami i prowadzimy ich za rękę przez każdą minutę dnia. Tutaj jesteśmy raczej opiekunem całego tego małego, dziwacznego świata - kimś, kto obserwuje mieszkańców, reaguje na ich potrzeby, pomaga im w problemach i od czasu do czasu delikatnie popycha ich życie w konkretnym kierunku.
W praktyce oznacza to, że uczestniczymy w codzienności bohaterów, ale nie kontrolujemy jej w pełni. Jedni mieszkańcy będą szukać przyjaźni, inni zakochają się w kompletnie nieoczywistej osobie, jeszcze inni zaczną się kłócić, śnić absurdalne sny albo wymyślać kolejne zachcianki, które tylko w świecie Tomodachi mają jakikolwiek sens. Nasza rola polega na tym, by im pomagać, dostarczać nowych atrakcji, kupować ubrania, jedzenie i prezenty, rozwijać wyspę oraz po prostu patrzeć, jak ten chaos rośnie z każdą godziną. I właśnie w tym tkwi siła serii - to nie jest gra o wygrywaniu, tylko o obserwowaniu, uczestniczeniu i czerpaniu przyjemności z tego, że te postacie zaczynają żyć trochę obok nas, ale jednocześnie dzięki nam.
Bohaterowie Tomodachi Life: Living the Dream to Ty i Twoi znajomi... lub ktokolwiek
Jednym z największych atutów Tomodachi Life: Living the Dream jest bez dwóch zdań bardzo rozbudowany edytor postaci. To właśnie za jego sprawą tworzymy kolejne Mii, które później zamieszkają naszą wyspę i zaczną własne, często kompletnie absurdalne życie. Jasne, gra oferuje także szybszą ścieżkę - można skorzystać z prostszego kreatora i zbudować bohatera na bazie kilku podstawowych informacji - ale szczerze mówiąc, prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy sami siadamy do pełnego projektowania postaci. I tutaj Nintendo naprawdę nie oszczędzało, bo opcji jest mnóstwo.
Edytor pozwala grzebać praktycznie we wszystkim. Wybieramy kształt głowy, fryzurę, oczy, nos, usta i całą masę drobniejszych detali, a każdy z tych elementów można dalej dopasowywać, przesuwać, zmieniać i modelować. Twórcy poszli o krok dalej i pozwalają wręcz rysować twarze, a to otwiera gigantyczne możliwości dla wszystkich, którzy chcą wyjść poza klasyczne Mii i tworzyć naprawdę zwariowane projekty. W praktyce oznacza to, że do gry bez problemu wrzucimy nie tylko rodzinę czy znajomych, ale też bohaterów z anime, postacie z innych gier, celebrytów albo kompletnie odklejone własne pomysły. Ja sam postawiłem głównie na rodzinę i znajomych, ale widziałem już, jak inni gracze odtwarzają swoich ulubionych bohaterów popkultury z naprawdę imponującą dokładnością.
Na samym wyglądzie zabawa się jednak nie kończy, bo podczas tworzenia postaci wybieramy też osobowość. I tego tematu Nintendo nie potraktowało po macoszemu. Możemy zdecydować, czy dana postać jest energiczna, wyluzowana, rzeczowa, dziwna i tak dalej - opcji jest kilka, ale najważniejsze jest to, że te wybory faktycznie mają znaczenie. To nie są puste etykiety dopisane do profilu, tylko cechy, które realnie wpływają na zachowanie mieszkańca wyspy, jego reakcje, relacje i to, jak będzie funkcjonował w całym tym małym społecznym chaosie. Dlatego radzę już na tym etapie podejść do zabawy trochę poważniej, bo z doświadczenia wiem, że najlepiej „pracuje się” właśnie z dobrze przemyślanymi bohaterami. Im ciekawiej ich zbudujesz, tym więcej frajdy dostaniesz później z obserwowania, jak zaczynają żyć własnym życiem.
Twórcy nie zapomnieli o kilku odważnych decyzjach projektowych, więc już w tych pierwszych minutach musimy ustalić nie tylko takie detale jak głos, ale także... zaimki oraz preferencje randkowe. Jest to istotne, ponieważ gdy tworzymy dzieci, to najmłodsi oczywiście nie mogą wchodzić w żadne relacje ze starszymi, ale mogą znajdować na wyspie przyjaciół. Deweloperzy przygotowali rozbudowany edytor i z doświadczenia wiem jedno: każdy Mii potrzebuje na początku odpowiedniej opieki, ale warto poświęcić na stworzenie postaci jak najwięcej czasu, by mieć pewność, że na naszej wyspie żyją odpowiedzi ludzie.
A co robią bohaterowie Tomodachi Life: Living the Dream?
I właśnie w tym momencie zaczyna się właściwa magia recenzowanego Tomodachi Life: Living the Dream. Gdy stworzymy pierwszego Mii, dajemy mu mieszkanie, wręczamy pierwsze jedzenie i zaczynamy reagować na jego zachcianki, gra bardzo szybko pokazuje, że nie chodzi tu o jedną czy dwie śmieszne scenki, ale o cały mały ekosystem zależności. Zajmujemy się domem, dokupujemy kolejne przedmioty, później dorzucamy nowych mieszkańców na wyspę, biegamy na zakupy, karmimy ich, reagujemy na potrzeby i stopniowo rozwijamy całe miasteczko. Wraz z kolejnymi poziomami wyspy odblokowujemy nowe budynki, nowe aktywności i jeszcze więcej okazji do tego, by spełniać kolejne zachcianki naszych podopiecznych. I właśnie wtedy naprawdę zaczyna działać ten specyficzny urok serii: niby tylko klikamy, kupujemy, dajemy prezenty i reagujemy na prośby, ale po chwili orientujemy się, że jesteśmy tu kimś znacznie ważniejszym niż zwykłym obserwatorem. Trochę gubernatorem, trochę królem, trochę samozwańczym bogiem, który jednym ruchem ręki potrafi dosłownie przestawić życie mieszkańców wyspy.
Bo tak naprawdę w Tomodachi Life nie chodzi wyłącznie o opiekę nad pojedynczym bohaterem, ale o budowanie i podkręcanie relacji między wszystkimi mieszkańcami. I to jest element, który wciąga najmocniej. Możemy wziąć jednego Mii, wrzucić go obok drugiego, zachęcić ich do wspólnego spędzenia czasu, podsunąć prezent albo drobną atrakcję i po prostu patrzeć, jak zaczyna rodzić się jakaś więź. Czasami to tylko niewinna rozmowa, czasami pierwsza przyjaźń, czasami coś, co po kilku kolejnych dniach przechodzi w dużo bardziej skomplikowaną relację. Gra bardzo sprytnie pokazuje, że my nie sterujemy tym światem bezpośrednio, ale cały czas delikatnie go popychamy. To my decydujemy, kto z kim ma większą szansę się spotkać, kto dostanie lepszy prezent, komu pomożemy przełamać pierwsze lody. I właśnie dlatego tak trudno oderwać się od tej zabawy - bo szybko zaczynamy mieć poczucie, że te wszystkie małe decyzje naprawdę coś zmieniają.
Najlepiej widać to w samych rozmowach i prośbach mieszkańców. Bohaterowie nie tylko gadają między sobą, ale bardzo często przychodzą do nas po rady. Pytają, jak zagadać, o czym porozmawiać, co zrobić, żeby dana relacja poszła dalej. I tutaj właśnie Tomodachi Life: Living the Dream błyszczy swoim absurdem, bo nagle okazuje się, że jeden z moich bohaterów, Grucha, prowadził rozmowy z dzieciakami o „K-popowych łowczyniach demonów”, a kiedy spotykał Pawła, rozmowy skręcały już w znacznie poważniejsze rejony i kończyły się dyskusjami o ARC Raiders. To my wybieramy tematy, to my zachęcamy ich do działania, to my podsuwamy impuls, żeby z pozornie zwykłej wymiany zdań zrobiło się coś ciekawszego. W praktyce jesteśmy więc taką ręką sprawiedliwości - niewidzialną siłą, która cały czas popycha mieszkańców wyspy do działania, ale jednocześnie zostawia im wystarczająco dużo swobody, by ten chaos wydawał się naturalny.
Wyspa rośnie, zabawa się zaczyna. Taki jest Tomodachi Life: Living the Dream
Wyspa w recenzowanym Tomodachi Life: Living the Dream bardzo szybko przestaje być tylko tłem dla naszych Mii, a zaczyna sprawiać wrażenie miejsca, które naprawdę rośnie razem z nimi. Gdy pojawiają się kolejni mieszkańcy, lokacja dosłownie się rozbudowuje, bo każdy potrzebuje własnej przestrzeni do życia. I to właśnie my, jako opiekunowie całego tego szalonego mikroświata, zajmujemy się jego rozplanowaniem. Rozmieszczamy budynki, dokładamy kolejne elementy otoczenia, ustawiamy miejsca, w których mieszkańcy mogą usiąść, odpocząć i po prostu pobyć ze sobą. Niby są to drobiazgi, ale właśnie dzięki nim wyspa zaczyna nabierać charakteru. To już nie jest kilka ikon wrzuconych na planszę, tylko mała społeczność, której nadajemy własny rytm i własną tożsamość.
Bardzo podoba mi się też sam pomysł na rozwój tej przestrzeni. Gdy nasi mieszkańcy są szczęśliwi, dzielą się swoją radością, a ta staje się dosłownie paliwem dla dalszej rozbudowy świata. Wyspa zdobywa kolejne poziomy, a my odblokowujemy następne budynki i atrakcje dla społeczności. Dzięki temu progres nie jest tu oderwany od samej zabawy, tylko naturalnie wynika z tego, jak dobrze prowadzimy życie mieszkańców. Im bardziej o nich dbamy, im lepiej odpowiadamy na ich potrzeby i im więcej relacji udaje nam się rozkręcić, tym bogatsza i ciekawsza staje się nasza osada. To bardzo przyjemna pętla, bo cały czas czujemy, że małe codzienne decyzje realnie przekładają się na rozwój całego miejsca.
Z czasem zaczynamy stawiać budynki, które zapewniają społeczności coraz więcej możliwości. W jednym miejscu kupujemy nowe ubrania, w innym upiększamy pomieszczenia albo szukamy kolejnych drobnych atrakcji dla naszych bohaterów. Wszystko to działa bardzo dobrze, ale dla mnie absolutnym hitem jest Palette House, bo właśnie tam Tomodachi Life: Living the Dream pokazuje pełnię swojego potencjału. To miejsce, w którym gracz przestaje być tylko zarządcą wyspy, a staje się projektantem, kucharzem, weterynarzem, a momentami wręcz twórcą własnych małych światów. Możemy tworzyć nowe stroje, które później trafiają do sklepów i faktycznie są noszone przez mieszkańców. Możemy przygotowywać potrawy, wymyślać zwierzaki, które później biegają po wyspie, i wpływać na codzienność społeczności na poziomie, którego wcześniej zupełnie się nie spodziewałem.
Najlepsze jest jednak to, że w praktyce ogranicza nas tutaj wyłącznie kreatywność i własne zdolności „artystyczne”. Bo tych elementów nie wybieramy z gotowej listy - my je rysujemy. Jeśli narysujesz psa z gigantyczną głową, to właśnie taki absurdalny stworek zacznie później biegać po mieście. Jeśli zapragniesz, żeby po wyspie spacerowała wariacja na temat Pikachu, to też nic nie stoi na przeszkodzie. I właśnie to nadaje tej grze wyjątkowego charakteru, bo nasze pomysły naprawdę zaczynają żyć w tym świecie. Dla mnie kapitalnie wypada nawet możliwość tworzenia własnych „gier”. Jasne, nie projektujemy pełnoprawnej produkcji, ale możemy przygotować obrazek, zasugerować jej klimat i później patrzeć, jak nasi bohaterowie siadają razem wieczorem i dyskutują o tym, w co właśnie grają. W moim przypadku zakochana para Mii regularnie spędzała wieczory przy Bloodborne na Nintendo Switchu… i właśnie w takich momentach Tomodachi Life: Living the Dream pokazuje, jak genialnie potrafi połączyć prostą zabawę z kreatywnością. Bo nie tylko budujemy wyspę, ale naprawdę widzimy, jak nasi mieszkańcy zaczynają żyć z elementami, które sami dla nich stworzyliśmy.
Mieszkańcy Tomodachi Life: Living the Dream się uczą, a my… obserwujemy
W Tomodachi Life: Living the Dream rozwój postaci nie polega na klasycznym wbijaniu statystyk i odhaczaniu kolejnych umiejętności, ale na czymś znacznie ciekawszym - na obserwowaniu, jak nasi mieszkańcy z czasem stają się coraz „pełniejsi”. Mii zdobywają kolejne poziomy, a my możemy nagradzać ich nowymi przedmiotami, które później realnie funkcjonują w ich codzienności. Konsola, laptop, gitara, aparat, różne gadżety i dodatki nie są tutaj tylko pustą ikonką w ekwipunku, ale czymś, co potrafi uruchomić nowe zachowania, scenki i interakcje. I właśnie dlatego warto się chwilę zastanowić, co komu wręczamy, bo dobrze dobrany przedmiot potrafi świetnie podbić charakter konkretnej postaci. Bardzo podobnie działa zresztą możliwość wpływania na osobowość mieszkańców - możemy modyfikować ich drobne dziwactwa, ekspresję i sposób reagowania, a później po prostu patrzeć, jak odbija się to na ich codziennym życiu.
A musicie mi wierzyć, że pod względem dziwactw Tomodachi Life: Living the Dream potrafi zaskoczyć praktycznie na każdym kroku. W tej grze niemal cały czas jesteśmy świadkami jakichś szalonych akcji - raz rozmowy schodzą na kompletnie absurdalne tory, innym razem nasi mieszkańcy wpadają na dziwaczne pomysły dotyczące wspólnych aktywności albo po prostu nagle wyciągają nas do zabawy. Nawet małe mini-gry potrafią sensownie wpisać się w ten rytm, bo gdy wygramy, możemy zdobyć przedmiot, który później przekazujemy kolejnemu mieszkańcowi, a ten uruchamia następne zachowania i następne scenki. W ten sposób cała zabawa sama się nakręca - niby robimy małe rzeczy, ale każda z nich może uruchomić kolejny łańcuch wydarzeń.
I właśnie w tym tkwi siła tej produkcji: my tu dosłownie obserwujemy życie mieszkańców, ale jednocześnie cały czas możemy w mniejszym lub większym stopniu na nie wpływać. W grze nie zabrakło budowania relacji, wspólnego mieszkania, wyjazdów, randek, wspólnych aktywności i tych wszystkich małych momentów, dzięki którym wyspa zaczyna żyć własnym życiem. Czasami są to sceny urocze, czasami zabawne, a czasami kompletnie odklejone od rzeczywistości - ale właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda. Każda decyzja, każdy prezent, każda zachęta do interakcji może zmienić bieg czyjejś codzienności, a my bardzo szybko łapiemy się na tym, że nie tylko zarządzamy wyspą, ale naprawdę śledzimy losy jej mieszkańców.
Tomodachi Life: Living the Dream rośnie, ale są... ograniczenia
Bardzo dużym plusem całej zabawy jest też brak większych ograniczeń w samym poruszaniu się po świecie. Wcześniej seria potrafiła męczyć ekranami wczytywania i bardziej topornym przechodzeniem między atrakcjami, a teraz całość działa znacznie płynniej. Łatwo łapiemy postacie, szybko zachęcamy je do interakcji, bez większego wysiłku przeskakujemy między różnymi punktami wyspy, a swoboda tworzenia elementów otoczenia i rozbudowy samej lokacji naprawdę potrafi pozytywnie zaskoczyć. Dzięki temu Tomodachi Life: Living the Dream sprawia wrażenie znacznie bardziej otwartej, wygodniejszej i po prostu nowocześniejszej odsłony serii.
Mam jednak dwa konkretne zarzuty wobec tej produkcji. Pierwszy dotyczy braku wsparcia online - Nintendo nie pozwala tutaj na pełnoprawną sieciową wymianę i zabawę z innymi graczami, więc możemy przekazywać Mii wyłącznie osobom znajdującym się fizycznie obok nas. W czasach, gdy takie gry aż proszą się o bardziej swobodne dzielenie się społecznością i własnymi pomysłami przez internet, to po prostu rozczarowuje. Drugi problem jest dla mnie jeszcze poważniejszy: brak polskiej lokalizacji. A to naprawdę duża wada, bo Tomodachi Life: Living the Dream bardzo mocno opiera się na tekście. Cały czas czytamy dialogi, pomagamy Mii poprzez rozmowy, wybieramy odpowiedzi i podejmujemy decyzje, więc dla młodszych graczy brak polskiego języka będzie bardzo odczuwalnym ograniczeniem.
Jednocześnie muszę uczciwie zaznaczyć jedno: Tomodachi Life: Living the Dream to nadal nie jest gra dla każdego. Sam złapałem się na tym, że w niektórych momentach byłem po prostu lekko zmęczony samym obserwowaniem wydarzeń i zwyczajnie brakowało mi mocniejszego impulsu, większej akcji albo bardziej wyraźnego celu. Jasne, zawsze możemy zachęcać społeczność do kolejnych interakcji, przestawiać mieszkańców, podsuwać im prezenty i popychać ich życie w nową stronę, ale sam fundament rozgrywki pozostaje bardzo specyficzny. Pod tym względem seria nadal nie różni się znacząco od poprzednich odsłon - to wciąż bardzo nietypowy symulator nastawiony na relacje, drobne interakcje i kontrolowany chaos dziwactw, a nie tytuł, który będzie nieustannie bombardował gracza mocnymi bodźcami.
Czy warto zagrać w Tomodachi Life: Living the Dream?
Recenzowany Tomodachi Life: Living the Dream to nadal jedno z najbardziej zwariowanych IP w katalogu Nintendo i jednocześnie gra, która od pierwszych minut bardzo jasno pokazuje, że nie zamierza oferować typowej rozgrywki. To nie jest przygoda z wielkim celem, dynamiczna akcja ani klasyczny symulator życia, w którym prowadzimy bohaterów za rękę. Tutaj cała zabawa polega na obserwowaniu, wpływaniu, delikatnym popychaniu wydarzeń i patrzeniu, jak z tych małych decyzji rodzi się kompletnie absurdalny, ale zaskakująco wciągający chaos. I właśnie dlatego ta seria od lat pozostaje tak specyficzna, ale też tak łatwa do zapamiętania.
Ogromną siłą tej odsłony jest kreatywność, jaką dostajemy w ręce. Możemy tworzyć najróżniejsze postacie, budować dla nich relacje, projektować elementy ich świata, a później patrzeć, jak to wszystko naprawdę zaczyna żyć. Nagle nasi mieszkańcy biegają po wyspie w koszulkach zaprojektowanych własnoręcznie przez gracza, mogą nosić ubrania z wielką gruszką, której historii i tak nie zrozumiecie, rozmawiają o dziwnych tematach, zakochują się, obrażają i tworzą małe scenki, których nie dałoby się wymyślić w żadnej innej grze. I właśnie w takich momentach Tomodachi Life: Living the Dream pokazuje, że jego największym atutem nie jest jeden konkretny system, ale poczucie, że naprawdę współtworzymy ten dziwny świat.
Nie zmienia to jednak faktu, że nadal nie jest to produkcja dla każdego. Brakuje tutaj konkretnej akcji, a cały gameplay jest specyficzny więc część graczy po prostu odbije się od tej formuły. Dodatkowym problemem jest brak polskiego języka, który dla nowych i młodszych odbiorców będzie realnym ograniczeniem, bo w tej grze tekst ma ogromne znaczenie. Mimo to fani serii po prostu muszą zagrać, a osoby, które wcześniej nie miały styczności z Tomodachi Life, też mogą dać tej marce szansę - bo to wciąż naprawdę ciekawy, bardzo nietypowy i momentami zaskakująco wciągający tytuł.
Ocena - recenzja gry Tomodachi Life: Living the Dream
Atuty
- Bardzo rozbudowany edytor postaci i ogromne możliwości tworzenia Mii,
- Świetna swoboda w projektowaniu elementów wyspy, ubrań, jedzenia, zwierzaków i drobnych atrakcji,
- Absurdalny humor i mnóstwo nieprzewidywalnych, zabawnych interakcji między mieszkańcami,
- Rozbudowa wyspy daje satysfakcję i dobrze napędza dalszą zabawę,
- Seria nadal świetnie wypada jako nietypowy symulator relacji i codziennego chaosu,
- Płynniejsze poruszanie się po świecie i mniej irytujących ograniczeń niż w poprzednich odsłonach.
Wady
- To nadal bardzo specyficzna gra, która nie trafi do każdego fana Nintendo,
- Brakuje mocniejszej akcji i bardziej konkretnego celu, przez co część graczy może się zmęczyć samą obserwacją,
- Brak wsparcia online mocno ogranicza potencjał dzielenia się zabawą z innymi,
- Brak polskiej lokalizacji to duży problem, szczególnie dla młodszych i nowych graczy.
Tomodachi Life: Living the Dream to bardzo nietypowa produkcja i jednocześnie ciekawy symulator życia, który zamiast klasycznej akcji stawia na relacje, kreatywność i kontrolowany chaos codziennych absurdów. To nadal nie jest gra dla każdego fana Nintendo, bo wymaga cierpliwości i zaakceptowania bardzo specyficznego stylu rozgrywki, w którym więcej obserwujemy i wpływamy na wydarzenia, niż sami bierzemy w nich bezpośredni udział. Mimo to warto ją sprawdzić, bo w ten dziwny, szalony świat naprawdę łatwo się wkręcić.
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych