Thrash (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Kiedy rekiny toną w morzu absurdu
Kiedy na ekranie pojawia się charakterystyczne, krwistoczerwone logo platformy Netflix, a w oficjalnym opisie produkcji czytamy o wygłodniałych rekinach patrolujących zalane ulice amerykańskiego miasteczka, nasz wewnętrzny, filmoznawczy radar ostrzegawczy natychmiast zaczyna pulsować. Podgatunek „animal attack”, który niegdyś zdefiniowały genialne „Szczęki” Stevena Spielberga, od dekad przeżywa potężny kryzys tożsamości, miotając się między rasowym dreszczowcem a totalną, bezpretensjonalną parodią.
„Morderczy żywioł” (ang. Thrash), najnowsze dzieło norweskiego reżysera Tommy’ego Wirkoli z 2026 roku, to produkcja, która zanim w ogóle trafiła na nasze ekrany, przeszła istne piekło. Pierwotnie przygotowywany przez giganta Sony Pictures z myślą o szerokiej dystrybucji kinowej - funkcjonujący pod roboczymi tytułami „The Rising”, następnie „Beneath the Storm”, a później „Shiver” - obraz ostatecznie wylądował, aby nie rzec, że został bezceremonialnie zrzucony, do streamingowego oceanu. I choć za kamerą stanął twórca kultowego, krwawego „Dead Snow”, a w fotelu producenta zasiadł sam Adam McKay („Nie patrz w górę”), najnowsza propozycja giganta VOD z wdziękiem ołowianej kuli idzie na dno własnych niespełnionych ambicji. To dzieło, które rozpaczliwie pragnie być klaustrofobicznym survivalem na miarę „Pełzającej śmierci” (Crawl), a jednocześnie flirtuje z absurdalnym kinem klasy B. Efekt tej hybrydyzacji to bolesny dysonans tonalny, w którym brakuje zarówno prawdziwej, paraliżującej grozy, jak i ożywczej kampowej zabawy.
Thrash (2026) - recenzja I opinia o filmie [Netflix]. Z dreszczowca o przetrwaniu w stronę niezdecydowanego kina klasy B
Tommy Wirkola wrzuca nas w samo oko cyklonu, a dokładniej - potężnego huraganu Henry o statusie kategorii piątej, który z bezlitosną siłą uderza w nadmorskie miasteczko Annieville w Karolinie Południowej. Reżyser nie marnuje cennego czasu na subtelne budowanie ekspozycji. Zaledwie kilkanaście minut po zawiązaniu wątków woda gwałtownie zalewa ulice, a wraz z nią pojawiają się głowni antagoniści widowiska: potężne, niezwykle agresywne żarłacze. Pomysł wyjściowy wydaje się wręcz idealnie skrojony pod niezobowiązujące kino rozrywkowe, zwłaszcza że twórcy wprowadzają makabrycznie intrygujący element napędzający akcję. Miejscowa rzeźnia - a dokładniej porwana przez wezbrane fale ciężarówka po brzegi wypełniona bydlęcą krwią - zamienia spokojne dotąd przedmieścia w krwawą stołówkę dla oceanicznych drapieżników. Brzmi jak przepis na doskonałą zabawę, prawda?
Niestety, fundamentalny problem „Morderczego żywiołu” polega na jego całkowitym, wręcz schizofrenicznym rozdarciu tożsamościowym. Wirkola, filmowiec znany przecież z rewelacyjnego wyczucia wisielczego humoru i radosnej, ekranowej rzezi (wystarczy przypomnieć „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic”), tym razem z niezrozumiałych powodów decyduje się mocno zaciągnąć hamulec ręczny. Film bierze siebie o wiele za bardzo na poważnie, usilnie próbując wpleść w tkankę fabularną pseudo-ekologiczne przestrogi i rodzinne traumy, podczas gdy na ekranie rekin z gracją baletnicy pożera nieszczęśnika otwierającego drzwi zatopionego pick-upa. Zamiast radosnej destrukcji w stylu kultowego „Rekinado” lub precyzyjnie dawkowanego napięcia niczym we wspomnianej wyżej produkcji Alexandre'a Aji, otrzymujemy nieziemsko rozwodnioną mieszankę. Gdy tętno widza powinno niebezpiecznie przyspieszać, film serwuje przewidywalne i nudne „jump scare'y”, a okazyjne próby rozładowania pompatycznej atmosfery czerstwymi one-linerami (pokroju dramatycznego okrzyku, że „Mamusia musi po prostu powalczyć z pieprzonymi rekinami!”) budzą wyłącznie chłodne zażenowanie.
Thrash (2026) - recenzja I opinia o filmie [Netflix]. Aktorzy rzuceni na pożarcie rekinom i sztampowym dialogom
Obsada, którą twórcom udało się zwerbować na ten tonący pokład, bez wątpienia zasługuje na znacznie lepszy, bardziej wielowymiarowy materiał. W samym centrum wodnego chaosu znajduje się Lisa - w tej roli świetna skądinąd gwiazda „Bridgertonów”, Phoebe Dynevor. Bohaterka to niedawno porzucona przez narzeczonego pracowniczka korporacji z Nowego Jorku, która utknęła w Annieville w absolutnie najgorszym momencie swojego życia. Kobieta jest w zaawansowanej ciąży, a jej akcja porodowa rozpoczyna się dokładnie wtedy, gdy jej samochód zostaje unieruchomiony w rwącym nurcie mętnej wody, otoczony przez krążące złowieszczo płetwy. Dynevor dwoi się i troi na ekranie, aby wykrzesać ze swojej przerysowanej bohaterki choćby krztynę psychologicznej wiarygodności, jednak poszatkowany scenariusz bezlitośnie podcina jej skrzydła, każąc jej raz za razem wygłaszać kwestie boleśnie sztuczne i banalne.
Na drugim biegunie tej niepotrzebnie rozdrobnionej narracji umiejscowiono Dakotę (graną przez obiecującą Whitney Peak), młodą dziewczynę zmagającą się z paraliżującą, kliniczną agorafobią, która zmuszona jest opuścić bezpieczne mury swojego domu po utracie matki. Jej skomplikowana trauma psychologiczna zostaje jednak potraktowana przez reżysera niezwykle po macoszemu - służy wyłącznie jako tani wytrych fabularny, o którym scenariusz przypomina sobie tylko w momentach, w których trzeba mechanicznie podbić emocjonalną stawkę. Największy żal budzi jednak obecność Djimona Hounsou. Ten wybitnie charyzmatyczny, magnetyzujący aktor (wcielający się w dr. Dale'a Edwardsa, wujka Dakoty i eksperta od biologii morza) zostaje upokarzająco sprowadzony do roli maszyny ekspozycyjnej. Jego jedynym zadaniem jest łopatologiczne tłumaczenie widzom specyfiki zachowań żarłaczy tępogłowych oraz dzielenie się absurdalnymi anegdotami (dowadujemy się na przykład, że rzekomo bardziej od rekinów przerażają go hipopotamy). Dodatkowy wątek trójki dzieci z rodziny zastępczej granych przez australijskich aktorów (rozpaczliwie kaleczących amerykański akcent) wprowadza jeszcze więcej chaosu, skutecznie niszcząc poczucie klaustrofobii, które mogłoby zrodzić się, gdybyśmy pozostali w zamknięciu z jedną, pogłębioną psychologicznie postacią.
Thrash (2026) - recenzja I opinia o filmie [Netflix]. Błyskawiczne tempo, ratujący sytuację dźwięk i morze mizernego CGI
Jeśli jednak mielibyśmy szukać na dnie tego oceanu przeciętności jakichkolwiek lśniących pereł to z pewnością należy wyróżnić rewelacyjną oprawę dźwiękową oraz godną podziwu dynamikę. Ze swoim bardzo zwięzłym, niespełna 86-minutowym metrażem, produkcja platformy Netflix nie pozwala na nużące przestoje. Gdy tylko ulewa zaczyna miarowo uderzać w blaszane dachy Annieville, fabuła momentalnie rusza z kopyta i nie naciska na pedał hamulca aż do pojawienia się końcowych napisów. Jest to ten rodzaj niezobowiązującego kina eskapistycznego, które pochłania się niezwykle gładko, pod warunkiem uprzedniego wyłączenia jakiegokolwiek krytycznego myślenia.
To właśnie departament dźwiękowy nieoczekiwanie wyrasta na prawdziwego, pierwszoplanowego bohatera „Morderczego żywiołu”. Ponury chrzęst łamanych ludzkich kości w szczękach drapieżników, nieustanne, przytłaczające dudnienie żywiołu za oknem, a nade wszystko klaustrofobiczny chlupot brudnej wody nieubłaganie wdzierającej się na wyższe piętra budynków - wszystkie te elementy budują niezwykle gęstą iluzję realnego zagrożenia. Ratują one początkowe sceny przed stoczeniem się w otchłań śmieszności. Scenografie, szczególnie w pierwszej połowie filmu (tworzone z wykorzystaniem praktycznych efektów wodnych), potrafią wygenerować autentyczny dreszcz niepokoju. Niestety, ułuda kończy się w momencie, gdy reżyser ostatecznie porzuca dreszczowiec survivalowy na rzecz krzykliwego kina akcji, a cyfrowe szwy zaczynają z trzaskiem pękać. Dopóki rekiny pozostają jedynie sugerowane przez przemykające pod wodą mroczne cienie, film utrzymuje napięcie. Jednak gdy CGI wkracza do akcji w pełnym świetle - oferując nam kuriozalne obrazy rekinów atakujących się nawzajem w długich lotach ponad falami - produkcja przypomina najgorsze cutscenki z gier wideo wczesnych lat 2000.
Thrash (2026) - recenzja I opinia o filmie [Netflix]. Czy warto zanurzyć się w tej wodzie?
„Morderczy żywioł” (Thrash) to w zasadzie podręcznikowy przykład Netflixowego algorytmu - produkt popkulturowy skrojony na wymiar pod podrasowanie weekendowych statystyk oglądalności, który ulatnia się z naszej pamięci dokładnie z tą samą prędkością, z jaką opada powodziowa woda na ekranie. Tommy Wirkola miał w rękach całkiem solidny, krwisty koncept oraz bardzo zdolną obsadę, ale z niezrozumiałych powodów zabrakło mu wizjonerskiej odwagi. Nie potrafił zdecydować, czy kręci bezlitosny, budzący grozę horror, czy też ociekającą absurdalnym humorem jazdę bez trzymanki. Otrzymaliśmy w efekcie filmowego „średniaka”, boleśnie zachowawczego i do cna przewidywalnego. Oddani fani kina gdzie główne role grają rekiny zapewne bez mrugnięcia okiem zaliczą ten seans z fanowskiego obowiązku, lecz cała reszta widzów powinna bez żalu pozostać na bezpiecznym suchym lądzie.
Atuty
- Znakomite udźwiękowienie
- Błyskawiczne tempo
- Ciekawy punkt wyjścia
Wady
- Schizofreniczny ton
- Zmarnowana obsada
- Okropne efekty CGI
„Morderczy żywioł” to prostu kinowy fast food o smaku gumowej ryby - zapcha na chwile, ale absolutnie nic nie wniesie. Zmarnowany potencjał, w którym więcej jest mulistej wody niż prawdziwej treści.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych