Dracula. Historia wiecznej miłości (2025) - recenzja i opinia o filmie [Amazon Prime] Powtórka z rozrywki
Do oferty głównej Amazon Prime trafił w tym tygodniu najnowszy film Luca Bessona, będący kolejną reinterpretacją starej opowieści grozy, która ostatnio zafascynowała choćby Roberta Eggersa. Francuski reżyser ponownie współpracuje w nim z Calebem Landry Jonesem, jednym z najciekawszych aktorów młodego pokolenia, wspólnie tworząc jednak film, który bardzo trudno uznać za produkcję wnoszącą cokolwiek nowego do długiej historii filmowego księcia Draculi.
Nikogo, kto choć pobieżnie śledzi gatunek filmowego horroru, nie trzeba przekonywać, że nieustannie odwołuje się on do swej przeszłości. Widać to nie tylko w ilości kontynuacji znanych serii z poprzedniego stulecia. W ostatnich latach coraz mocniejszy staje się bowiem trend sięgania po najstarsze dzieła, które z jednej strony reinterpretują historie we współczesnym duchu, z drugiej – zachowują ówczesne realia. Wywołuje to dość oczywistą reakcję idącą w dwóch kierunkach. Jedni ganią konserwatyzm – wizualny i treściowy (sam jakimś nadludzkim wysiłkiem nie przysnąłem na „Nosferatu” Roberta Eggersa), inni chwalą wizualną wyobraźnię, doszukując się w ustawieniu pojedynczych akcentów nowej interpretacji.
Na ten dobrze już przygotowany grunt wszedł w ostatnich latach także Luc Besson. Jeden z najbardziej znanych francuskich reżyserów, posiadający europejską wyobraźnię, ale obdarzony również iście amerykańskim rozmachem. Twórca widowisk, które mogły czarować wykreowanym w nich światem, przy jednoczesnym kompletnym zawodzie mierną fabułą i nudnymi, kompletnie niedopracowanymi postaciami, jak w głośnym “Valerian i Miasto Tysiąca Planet” z 2017 roku. Fiasko tego projektu, jak i następującej po nim “Anny”, a także ogromne problemy pozafilmowe sprawiły, że Besson skupił się na dużo skromniejszym projekcie, jakim okazał się “Dogman”, w którym główną rolę zagrał właśnie Caleb Landry Jones. Artysta, wraz z którym Besson zapragnął zrealizować kolejny, już wielkoformatowy film, kosztujący według informacji nieco ponad 50 milionów dolarów.
Dracula. Historia wiecznej miłości (2025) - recenzja, opinia o filmie [Amazon Prime] Ciekawa rola Caleba Landry Jonesa
Streszczanie fabuły najnowszego filmu Bessona nie ma najmniejszego sensu, bo jest to historia, którą zna prawdopodobnie każdy kto zetknął się z którąkolwiek ekranizacji powieści Brama Stokera. Francuski reżyser już we wczesnych wywiadach przyznawał, że głównym powodem, dla którego podjął się realizacji tego filmu była chęć ponownej pracy właśnie z Landry Jonesem. Posiadaczem jednej z najbardziej intrygujących “brzydkich twarzy” w Hollywood, idealnie pasującej zarówno do ról jednoznacznie negatywnych (nieprzypadkowo wielu marzy o jego angażu w roli Jokera), jak i bohaterów nieprzystosowanych do życia w społeczeństwie. Nie tylko znakomitego aktora, ale również intrygującego muzyka, który w tym filmie wypada znów znakomicie. Fantastycznie bawiąc się swoją rolą, nie tylko gdy wgryza się w kolejne szyje swych ofiar, ale w końcówce także pojedynkując się na szable. Nieustannie podkreślając przedziwny angielski akcent głównego bohatera.
Od początku filmu oczywistym jest to, że Luc Besson nie ma na celu kolejnej reinterpretacji historii hrabiego Draculi, a raczej odczytanie romantycznej warstwy powieści Brama Stokera, o czym wspomina w wielu wywiadach, w kluczu absolutnej wizualnej przesady, ale również scenariuszowej dezynwoltury. Z jednej więc strony wystrój zamku zamieszkiwanego przez głównych bohaterów jest zapewne mokrym snem każdego szanującego się, a zatem również kompletnie pozbawionego gustu wschodniego oligarchy, a wszechobecna pstrokacizna wielu wnętrz, do których zabierają nas twórcy, to efekt całkowicie zamierzony. W kwestii samego skryptu kluczowy jest już zaś sam początek filmu. Konna podróż bohaterki jest bowiem tak bardzo pozbawiona sensu, że tłumaczy ją właściwie tylko fakt, że musi ona akurat w tej scenie umrzeć. Dodajmy do tego osławione już gargulce, jakby żywcem wyjęte z zupełnie innej produkcji, i mamy w zasadzie filmowe bingo produkcji w kategorii: “kochasz lub nienawidzisz”.
Dracula. Historia wiecznej miłości (2025) - recenzja, opinia o filmie [Amazon Prime] Wszechobecny kicz i przesada
Brak najmniejszego zainteresowania reinterpretacją dawnej historii widać również w charakteryzacji ponad czterystuletniego księcia, której założenie Landry Jones’owi ponoć za każdym razem zajmowało nawet do siedmiu godzin. Jako żywo przypominającej kreację Gary’ego Oldmana w “Draculi” Francisa Forda Coppoli. Przy okazji warto wspomnieć, że leciwy już klasyk amerykańskiego reżysera nawet teraz wydaje się zdecydowanie ciekawszy pod względem audiowizualnym, zdecydowanie mocniej przywołując gotycką atmosferę. Najnowszej produkcji w tym zakresie bliżej jest do muzyki zespołu Cradle of Filth i to raczej tych nowszych, a przy tym również najgorszych dokonań. Co gorsza oprócz szarżującego tu Landry Jonesa w filmie Bessona brak choćby pojedynczej interesującej postaci. Christoph Waltz gra na kompletnym autopilocie, a losy Księdza - aż do samego zakończenia - wyjątkowo słabo splatają się z głównym bohaterem.
W tym kontekście nie dziwi umiarkowane zainteresowanie tym tytułem. “Dracula. Historia wiecznej miłości” z pozoru wygląda bowiem na produkcję intrygującą i tajemniczą, która w ostateczności gra z widzem w otwarte karty. Jeśli bawi was wszechobecny kicz i przesada, z którą idealnie zgrywa się tutaj - jak widać niezwykle uniwersalne - aktorstwo Caleba Landry Jonesa to będziecie się dobrze bawić. Besson ma nadal zmysł do inscenizowania ciekawych pojedynczych scen, a jego produkcje są spójne pod względem audiowizualnym, paradoksalnie także dzięki obecności w nich pozornie kompletnie nieprzystających elementów, jak wspomniane już gargulce. W dobie przeróżnych odczytań klasycznych historii film po pewnym czasie zaczyna jednak nużyć, jak zresztą zdecydowana większość współczesnych pozycji z tego nurtu.
Atuty
- Ciekawie dobrany Caleb Landry Jones
- Wizualna przesada, która może znaleźć swoich amatorów
- Pojedyncze, ciekawie zainscenizowane sceny
Wady
- Oklepana fabuła, nieprowadzająca zupełnie nic nowego do znanej już historii
- Okropnie nudne postacie drugoplanowe
- Kilka wątpliwych rozwiązań fabularnych, burzących jakiekolwiek zainteresowanie opowieścią
Najnowszy film Luca Bessona to kolejna pozbawiona ambicji wariacja na temat starej opowieści grozy, w której wyróżnia się w zasadzie wyłącznie rola Caleba Landry Jonesa.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych