Ludzie, których spotykamy na wakacjach (2026) - recenzja filmu [Netflix]. Między chemią a fizyką ciał stałych
Współczesna komedia romantyczna to gatunek, który w ostatnich latach przypomina pacjenta podłączonego do kroplówki z nostalgią, desperacko próbującego złapać oddech w erze cynizmu. Kiedy Netflix ogłosił adaptację bestsellerowej powieści Emily Henry „People We Meet on Vacation” (w Polsce znanej jako „Ludzie, których spotykamy na wakacjach”), serca tysięcy czytelniczek zabiły szybciej.
Oto bowiem dostajemy materiał źródłowy, który w literackim pierwowzorze tętnił życiem, dowcipem i tą nieuchwytną chemią, dla której zarywamy noce. Oczekiwania poszybowały pod sufit, a poprzeczka zawieszona przez „When Harry Met Sally” - duchowego patrona tej historii - zdawała się być w zasięgu wzroku. Niestety, seans najnowszej produkcji streamingowego giganta przypomina raczej wakacje all-inclusive w hotelu, który na zdjęciach w katalogu wyglądał na pałac, a w rzeczywistości oferuje widok na śmietnik i letnią wodę w basenie. To kino poprawne, estetycznie wypolerowane na błysk, ale w środku puste jak walizka zgubiona na lotnisku Chopina.
Ludzie, których spotykamy na wakacjach (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Między chemią a fizyką ciał stałych
Fundamentem każdej opowieści o formule friends-to-lovers jest, co oczywiste, para głównych bohaterów. To na ich barkach spoczywa ciężar przekonania nas, że te lata rozłąki, te niewypowiedziane słowa i ukradkowe spojrzenia mają jakikolwiek sens. W rolach Alexa i Poppy obsadzono Toma Blytha oraz Emily Bader. I tu następuje pierwsze, bolesne zderzenie z rzeczywistością. O ile Bader, wschodząca gwiazda, dwoi się i troi, aby nadać Poppy rys autentyczności, próbując uchwycić jej chaotyczną, kolorową naturę, o tyle Blyth zdaje się grać w zupełnie innym filmie. Jego Alex, który w książce był stoickim, ale ciepłym introwertykiem, na ekranie staje się figurą woskową, pozbawioną wewnętrznego żaru.
Patrząc na nich, trudno uwierzyć w tę wieloletnią, głęboką przyjaźń, która ma być osią fabuły. Brakuje tu iskry, tego podskórnego napięcia, które sprawia, że jako widzowie chcemy krzyczeć do ekranu - „Pocałujcie się wreszcie!”. Zamiast tego dostajemy serię wymuszonych gagów i scen, które w zamierzeniu miały być urocze, a wyszły niezręcznie. Bader, ze swoją nadekspresją, próbuje nadrabiać za dwoje, ale w tanga trzeba dwojga. Jej postać, zamiast budzić sympatię swoją „nieidealnością”, często irytuje, stając się karykaturą milenialnej podróżniczki. Scenarzyści zapomnieli, że ekscentryczność Poppy w książce była urocza, ponieważ równoważył ją spokój Alexa. Tutaj, przy wycofanym i wręcz nieobecnym mentalnie Blythcie, energia Poppy rozbija się o ścianę obojętności, tworząc dysonans, który trudno zignorować. To bolesne świadectwo tego, że casting to nie tylko dobór ładnych twarzy, ale przede wszystkim poszukiwanie owej nieuchwytnej energii między aktorami, której tutaj zabrakło.
Ludzie, których spotykamy na wakacjach (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Scenariuszowy rollercoaster bez trzymanki
Konstrukcja filmu, oparta na przeskokach czasowych między teraźniejszością (ślub brata Alexa w Barcelonie) a „tymi słynnymi wakacjami” z przeszłości, jest mieczem obosiecznym. W literaturze pozwala to na budowanie napięcia i stopniowe odkrywanie warstw relacji. W filmie Bretta Haleya ten zabieg wprowadza chaos. Montaż, zamiast płynnie przeprowadzać nas przez ewolucję ich uczucia, szatkuje narrację na teledyskowe fragmenty, z których niewiele wynika. Zamiast czuć ciężar lat i bagaż doświadczeń, mamy wrażenie oglądania serii pocztówek z Instagrama, opatrzonych banalnymi podpisami.
Co gorsza, scenariusz - za który odpowiadają m.in. Yulin Kuang oraz twórcy „Hotelu Transylwania” (co samo w sobie jest zastanawiającym połączeniem) - spłyca kluczowe konflikty. Wielka tajemnica, powód, dla którego ta dwójka przestała ze sobą rozmawiać, w filmie wybrzmiewa niczym cichy kapiszon. Dramaturgia została poświęcona na ołtarzu lekkostrawności. Gdzieś po drodze zgubiono duszę tej historii - lęk przed odrzuceniem, poszukiwanie własnego miejsca w świecie, ból dorastania. Zastąpiono to serią klisz: niezdarnym karaoke, udawaniem małżeństwa w hotelowym lobby czy obowiązkowym, choć pozbawionym pasji, deszczem.
Na tym tle jasnym punktem są jedynie epizody. Molly Shannon i Alan Ruck w rolach rodziców Poppy wnoszą do filmu więcej ciepła i naturalności w ciągu pięciu minut, niż główna para przez prawie dwie godziny. To w ich krótkich scenach widać, czym ten film mógłby być - opowieścią o ludziach, a nie o archetypach. Niestety, ich obecność to tylko krótki przerywnik w podróży, która staje się nużąca szybciej, niż lot klasą ekonomiczną z przesiadką w nieznanym porcie. Dialogi, które w założeniu miały nawiązywać do błyskotliwych wymian zdań z klasyków, brzmią sztucznie, jakby zostały wygenerowane lub napisane przez kogoś, kto nie zrozumiał, na czym polega ludzka interakcja.
Ludzie, których spotykamy na wakacjach (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Estetyka ponad treścią, czyli widokówka bez adresu
Nie można odmówić „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” walorów wizualnych. Brett Haley, reżyser, który kiedyś zachwycił nas perełką „Hearts Beat Loud”, tutaj zdaje się być zakładnikiem korporacyjnego stylu Netflixa. Film wygląda „drogo” - oświetlenie jest perfekcyjne, plenery (od Palm Springs po Europę) są nasycone barwami, a kostiumy Poppy idealnie wpisują się w obecne trendy „travelcore”. Jednak ta wizualna perfekcja jest sterylna. Barcelona wygląda jak makieta, a nie żywe miasto; plaże są zbyt czyste, a słońce świeci w sposób, który sugeruje obecność potężnych lamp studyjnych, a nie naturalnego światła.
Muzyka, choć dobrana z precyzją chirurga (mamy tu obowiązkową Taylor Swift), pełni funkcję wypełniacza ciszy, a nie nośnika emocji. To typowy przykład nowoczesnego stylu Netflixa - stylu, który ma wyglądać dobrze na miniaturce w serwisie i na ekranie smartfona, ale który w kinowym (lub domowym, na dużym ekranie) odbiorze traci głębię. Brakuje tu brudu, faktury, czegoś, co sprawiłoby, że uwierzyliśmy, iż ci ludzie naprawdę się pocą, męczą podróżą i przeżywają prawdziwe dylematy. Wszystko jest zbyt wygładzone, zbyt bezpieczne. Haley reżyseruje ten film na autopilocie, odhaczając kolejne punkty z listy „niezbędnych elementów letniego hitu”, zapominając, że widz potrzebuje nie tylko ładnych obrazków, ale przede wszystkim prawdy.
Ludzie, których spotykamy na wakacjach (2026) - recenzja i opinia o filmie [Netflix]. Last minute do krainy niespełnionych obietnic…
„Ludzie, których spotykamy na wakacjach” to film, który najlepiej podsumowuje słowo - rozczarowanie. To adaptacja, która wyjęła z książki szkielet fabularny, ale pozbawiła go serca i układu nerwowego. Dla fanów powieści Emily Henry będzie to seans bolesny, obnażający, jak bardzo Hollywood wciąż nie rozumie fenomenu współczesnej literatury kobiecej, traktując ją powierzchownie.
Dla przypadkowego widza – to kolejna, znośna, ale natychmiast ulatująca z pamięci komedia romantyczna do prasowania. Jest to kino bezpieczne, letnie i pozbawione smaku, jak rozwodniony drink w hotelowym barze. Można wypić, ale po co, skoro obok serwują prawdziwe wino? Jeśli szukacie emocji, wróćcie do książki albo odpalcie po raz setny „Kiedy Harry poznał Sally”. Tu wakacyjnej miłości nie znajdziecie, jedynie jej słabą, cyfrową imitację.
Atuty
- Molly Shannon
- Estetyka zdjęć
- Muzyk
- Piękne plenery
Wady
- Brak chemii
- Nieco chaotyczny montaż
- Spłycony scenariusz
- Miłośników książki tylko w*****
Zamiast renesansu gatunku, otrzymaliśmy kolejny produkt stworzony przez algorytm, który pomylił ludzkie emocje z listą hasztagów.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych