Inazuma Eleven: Victory Road - recenzja i opinia o grze [PS5, Switch2, Xbox, PC]. Spełnienie marzeń
Zdecydowanie za długo czekaliśmy na ten powrót, ale Inazuma Eleven: Victory Road w końcu trafiło na rynek... i gra okazała się naprawdę ogromna. Czy warto sprawdzić najnowszą grę Level-5? Sprawdźcie naszą recenzję.
Seria Inazuma Eleven od lat jest dla wielu fanów piłki nożnej spełnieniem dziecięcych marzeń o „futbolu z anime i superstrzałami”. To nie są po prostu gry sportowe - to pełnoprawni przedstawiciele gatunku jRPG, w których mecze zamieniają się w emocjonujące pojedynki, a zawodnicy odpalają ogniste strzały, lodowe wślizgi czy techniki rodem z najbardziej szalonych wyobrażeń. Level-5 bardzo szybko wypracowało rozpoznawalny styl: szkolne drużyny, turnieje o gigantyczną stawkę oraz historie o przyjaźni, rywalizacji i determinacji. Nic dziwnego, że wspomnienia o pierwszych odsłonach wracają do dziś - dla wielu graczy to była „ta” piłka nożna, jaką zawsze chcieli zobaczyć w grach.
Z czasem Inazuma Eleven urosło do rangi marki kultowej - szczególnie wśród osób, które wychowywały się jednocześnie na anime i klasycznych jRPG-ach. Mówimy o cyklu, który łączył zbieranie coraz mocniejszych zawodników, taktyczne ustawianie drużyny oraz spektakularne mecze z rozbudowaną fabułą. Każda kolejna część dokładała nowe techniki, kolejne warianty drużyn i następne turnieje, a przy tym nie traciła charakterystycznego, pozytywnego klimatu. Seria miała swoje spadki formy, ale ogólny obraz był jasny: w najlepszym wydaniu była to produkcja, którą fani traktowali niemal jak świętość.
Na tym tle Inazuma Eleven: Victory Road z czasem urosło do rangi niemal legendy. Gra została zapowiedziana wiele lat temu, zmieniała tytuł, przechodziła przez kolejne opóźnienia i poprawki, aż w pewnym momencie spora część społeczności przestała wierzyć, że ten projekt w ogóle ujrzy światło dzienne. To miał być wielki powrót Inazumy, który nie chciał nadejść. Ostatecznie jednak Level-5 dowiozło produkcję na rynek... i co najważniejsze, nie jest to jedynie ciekawostka dla najbardziej wytrwałych fanów.
Recenzowana Inazuma Eleven: Victory Road okazuje się naprawdę dobrą grą: pełną trybów, rozbudowaną, wierną duchowi serii i na tyle dopracowaną, że spokojnie można mówić o jednym z najlepszych powrotów kultowej marki w ostatnich latach. Jednocześnie warto zaznaczyć jedno już na starcie - choć w kolejnych akapitach często będę się zachwycał (szczególnie skalą całego projektu), to nie jest tytuł pozbawiony problemów. W kilku momentach Japończycy wyraźnie przesadzili, a niektóre decyzje projektowe potrafią zmęczyć. Dlatego zacznijmy od początku.
Fabuła w Inazuma Eleven: Victory Road? Od zera do...
Tryb fabularny Inazuma Eleven: Victory Road stawia na zupełnie nowego bohatera. Destin Billows kocha piłkę nożną, ale przez „problem” zostaje brutalnie odcięty od swoich marzeń. Nie może kontynuować kariery, więc razem z mamą przeprowadza się do nowego miasta. Wybór ten nie jest bezpodstawny, bo w szkole, do której trafia, piłka nożna jest praktycznie „zakazana”. To bardzo udane otwarcie, bo zamiast klasycznego schematu „jesteś genialnym napastnikiem, poprowadź drużynę do chwały”, zaczynamy z absolutnego dołu: bohater bez drużyny, bez boiska i w miejscu, które w ogóle nie chce słyszeć o futbolu.
Właśnie dlatego prolog jest tak długi i tak mocno skupiony na postaciach. Stopniowo poznajemy kolejnych uczniów, ich historie, motywacje i podejście do piłki nożnej. Część z nich miała z futbolem do czynienia w przeszłości, inni traktują go jak coś dziecinnego, a jeszcze inni widzą w nim zagrożenie. Z czasem protagonista zaczyna przekonywać otoczenie, że warto spróbować jeszcze raz, że można zbudować coś nowego i przywrócić piłce dobre imię. Z pozornie drobnych rozmów i konfliktów rodzi się pomysł wskrzeszenia drużyny, a my krok po kroku poprawiamy sytuację futbolu w szkole i budujemy fundamenty własnej legendy.
Nie da się jednak ukryć... to jest bardzo długi wstęp. Pierwsze osiem godzin to głównie chodzenie po szkole, oglądanie scenek fabularnych, rozmowy z uczniami, rozwiązywanie drobnych problemów i przepychanki z przeciwnikami piłki nożnej. Dopiero po mniej więcej takim czasie bierzemy udział w pierwszym prawdziwym meczu - i to w dodatku zwykłym sparingu. Brzmi strasznie, ale szczerze? Ten prolog jest zaskakująco dobry, właśnie dlatego, że całość przypomina porządnie zrealizowane anime. Regularnie oglądamy nowe przerywniki filmowe stojące na bardzo wysokim poziomie - animacje, kadrowanie i emocje bohaterów naprawdę robią wrażenie. Momentami miałem wrażenie, że bardziej oglądam nowy sezon Inazumy, niż gram w grę.
Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów. Brakuje tu czystego gameplayu i szkoda, że twórcy nie dorzucili do początkowej części kilku dodatkowych meczów - choćby w formie krótkich epizodów, w których bohater obserwuje spotkanie, a my „wskakujemy” na boisko. Czekanie na pierwsze starcia jest zdecydowanie zbyt długie, szczególnie dla graczy nastawionych na ciągłą akcję. Z drugiej strony Inazuma Eleven: Victory Road bardzo świadomie buduje fundament pod dalsze wydarzenia: gdy w końcu wychodzimy na murawę, znamy już bohaterów, rozumiemy stawkę i naprawdę czuć, że ten pierwszy mecz coś znaczy.
Czas na trening i rozgrywkę!
Po tym długim wstępie sporo rzeczy faktycznie się zmienia. Mamy już szkielet drużyny, więc zamiast walczyć o samo istnienie piłki nożnej w szkole, zaczynamy klasyczną pracę trenera. Szukamy kolejnych zawodników, kompletujemy skład i wchodzimy w regularny rytm treningów. Twórcy przygotowali kilka przyjemnych mini-gier treningowych, w których konkretni piłkarze zdobywają punkty doświadczenia - te przekładają się na kolejne poziomy i odblokowywanie nowych zdolności. System jest prosty, ale skuteczny, bo czuć, że każdy mecz i każda sesja treningowa realnie wzmacniają drużynę i przygotowują ją na coraz poważniejsze starcia.
W tym miejscu pojawia się jednak pierwszy zgrzyt, bo Level-5 momentami zbyt mocno stawia na klasyczny grind. Przed najważniejszymi spotkaniami bardzo wyraźnie czuć, że trzeba „dopakować” zespół: odhaczyć kilka treningów, nabić poziomy, poprawić statystyki, wykonać zadania poboczne i dopiero wtedy mamy realną szansę na zwycięstwo. W efekcie rozgrywka zaczyna układać się w schemat - widzisz zapowiedź ważnego meczu i od razu wiesz, że czeka Cię obowiązkowy zestaw treningów, zanim w ogóle wyjdziesz na murawę. Nie jest to tragedia, ale trzeba lubić to typowo podejście.
Nie mogę za to narzekać na samą fabułę, bo ta rozwija się naprawdę przyjemnie. Już w prologu pojawiają się świetne nawiązania do głównej serii Inazuma Eleven, więc jeśli oglądaliście anime lub graliście w pierwsze odsłony cyklu, bez problemu wyłapiecie liczne smaczki. Przez całą kampanię budujemy zespół, walczymy w kolejnych meczach i gdzieś w tle cały czas zmierzamy do jednego, zapowiadanego od samego początku spotkania. Około 35 godzin później w końcu stajemy do tego „wielkiego meczu” - trudno mówić o zaskoczeniu, bo od dawna wiemy, że do tego wszystko prowadzi, ale ma to sens i w swoim stylu potrafi naprawdę zachwycić.
Muszę jednak podkreślić, że mimo absurdalnie długiego czasu produkcji mam wrażenie, że gdzieś po drodze zabrakło odpowiedniego dopieszczenia zawartości. Najlepiej widać to przy rekrutowaniu zawodników do zespołu - wielokrotnie jesteśmy zmuszani do ogrywania tej samej mini-gry, która na początku jest całkiem przyjemna, ale po kilkunastu powtórkach staje się zwyczajnie męcząca. Zamiast postawić na większą różnorodność aktywności, twórcy opierają się na jednym schemacie, który z czasem po prostu się zużywa, a szkoda, bo sam pomysł budowania drużyny ma ogromny potencjał.
Podobny problem pojawia się w drugiej części opowieści, gdzie fabuła zaczyna sprawiać wrażenie poszatkowanej. Po świetnie rozpisanym, długim wstępie nagle pojawiają się większe przeskoki w czasie, wydarzenia przyspieszają, a niektóre wątki są traktowane po macoszemu. Widać, że scenariusz miał ambicję pokazać długą drogę drużyny, ale momentami wygląda to tak, jakby ktoś wyciął fragmenty pośrednie tylko po to, by domknąć historię. Nie psuje to całkowicie przyjemności z kampanii, ale zostawia lekkie poczucie niedosytu - zwłaszcza że przy tylu latach produkcji ten drugi akt mógł zostać rozłożony i poprowadzony znacznie lepiej.
Czas na mecz!
System meczów w recenzowanym Inazuma Eleven: Victory Road to moment, w którym „anime o piłce nożnej” w pełni zamienia się w jRPG-owe starcia na boisku. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się proste: podajemy, biegamy, szukamy wolnej przestrzeni. Bardzo szybko okazuje się jednak, że każda ważniejsza sytuacja rozbija się na serię drobnych, taktycznych decyzji. Gdy napastnik spotyka się z obrońcą, gra zatrzymuje akcję na krótką chwilę i przerzuca nas w pojedynek jeden na jednego. Dostajemy wtedy kilka opcji: kiwkę, agresywny sprint, bezpieczne podanie albo przygotowanie specjalnego ruchu. Po drugiej stronie obrońca również wybiera swoją reakcję: blok, wślizg, przechwyt czy własną technikę specjalną. To taki mały, półturowy moment w środku meczu, gdzie statystyki zawodników, ich typ oraz nasze wyczucie sytuacji ładnie się zazębiają.
Przez cały mecz możemy korzystać z charakterystycznych super ruchów, które zużywają energię, ale potrafią kompletnie odmienić los akcji. Efektowne dryblingi, potężne strzały rodem z koszmaru bramkarza czy wślizgi wyglądające jak ataki z gry akcji sprawiają, że każda akcja ma swój ciężar. Gdy dochodzimy do sytuacji bramkowej, gra ponownie oddaje nam kontrolę - możemy zdecydować się na szybki strzał albo rozegrać akcję jeszcze jednym podaniem i dopiero wtedy uderzyć z pełną mocą. Obrońcy również nie są bezbronni: mogą ustawiać tzw. „wieże”, czyli dosłownie blokować strzał kilkoma zawodnikami, by osłabić jego siłę lub całkowicie go zatrzymać. Do tego dochodzą interwencje bramkarzy, także oparte na technikach specjalnych, więc każde uderzenie na bramkę staje się małą, widowiskową sceną w stylu anime, a nie anonimowym kopnięciem piłki w kierunku słupków.
Najlepsze jest to, że ten system (mimo całej swojej złożoności) po prostu działa i nie męczy nawet po wielu godzinach. Z jednej strony jest bardzo przystępny: podajesz, szukasz pozycji, wygrywasz pojedynki, strzelasz. Z drugiej, im dalej w kampanię, tym mocniej widać jego głębię. Zaczynasz świadomie myśleć o ustawieniu zespołu, zarządzaniu wytrzymałością, odpowiednim momencie na użycie super ruchów i o tym, jak rozbijać defensywne „wieże” przeciwnika. Każdy mecz jest mieszanką dynamicznej akcji i krótkich taktycznych pauz, w których decydujesz, co zrobić dalej. I właśnie dzięki temu nawet po kilkudziesięciu spotkaniach nie miałem wrażenia powtarzalności - to bardzo rozbudowany, świetnie przemyślany system, który bez problemu dźwiga cały ciężar rozgrywki.
Co jeszcze oferuje Inazuma Eleven: Victory Road?
Chronicle Mode to drugi, bardzo rozbudowany filar Inazuma Eleven: Victory Road - coś na kształt ogromnego, w pełni grywalnego „muzeum meczów” całej serii. Zamiast spokojnego, powolnego budowania drużyny znanego ze Story Mode, tutaj od razu wskakujemy w tryb wspomnień. Wybieramy konkretne etapy fabularne i rozgrywamy najważniejsze spotkania z wcześniejszych odsłon cyklu, a naszym głównym zadaniem jest po prostu wygrywanie kolejnych meczów. To świetny pomysł dla fanów, bo w jednym miejscu dostajemy przekrojową wycieczkę po historii Inazumy – z możliwością ponownego przeżycia kultowych starć, ale już na nowych zasadach, z nową oprawą i rozbudowaną mechaniką Victory Road.
Trzeba jednak jasno powiedzieć, czym Chronicle Mode jest, a czym nie jest. To przede wszystkim ciąg meczów, a nie pełnoprawna, fabularna kampania. Każdy etap dostaje krótki wstęp, kilka scenek w stylu powieści wizualnej i minimalny kontekst, ale wydarzenia są mocno skrócone - szybko przeskakujemy od spotkania do spotkania, a całe wątki znane z anime i poprzednich gier zostają zredukowane do kilku dialogów i kluczowych meczów. Z jednej strony jest to ciekawa odmiana względem Story Mode: nie ma tu długiego prologu, zarządzania ani powolnego wprowadzania postaci, tylko od razu wychodzimy na murawę. Z drugiej, jeśli ktoś liczył na pełne odtworzenie dawnych historii, może poczuć niedosyt - to raczej „highlighty sezonów” niż kompletne, rozbudowane opowieści.
Od strony rozgrywki Chronicle Mode nadal potrafi mocno wciągnąć. Mecze korzystają z tego samego, bardzo solidnego systemu co w Story Mode, a dodatkową satysfakcję daje kompletowanie składu, odblokowywanie kolejnych ścieżek i stopniowe podnoszenie poziomu trudności. Z czasem jednak na wierzch wychodzą dwie wyraźne bolączki: grind i balans. Aby realnie rywalizować z coraz potężniejszymi przeciwnikami, trzeba solidnie „dopakować” drużynę, co w praktyce oznacza powtarzanie meczów - to jest jeden z największych problemów trybu. Zdecydowanie za dużo musimy grać te same starcia, przez co brakuje trochę motywacji do rozgrywki.
Dużym atutem Chronicle Mode jest jego rozmach. Ten tryb pozwala spotkać ponad 5200 zawodników z całej historii Inazuma Eleven. Twórcy dosłownie zalali grę znajomymi twarzami, wyciągając bohaterów, rywali i drugoplanowe postacie z różnych odsłon, sezonów oraz linii fabularnych. To ogromny ukłon w stronę fanów serii: kompletując skład, co chwilę natykamy się na ulubionych piłkarzy sprzed lat, możemy ponownie zbudować kultowe drużyny albo mieszać ekipy, które wcześniej nigdy nie miały prawa zagrać razem. Chronicle Mode staje się dzięki temu nie tylko zbiorem meczów, ale też interaktywną „encyklopedią” Inazumy, w której Level-5 z wyraźną sympatią i pełną świadomością fanowskich oczekiwań pokazuje całą ewolucję serii.
Mimo wcześniej wspomnianych zastrzeżeń Chronicle Mode pozostaje bardzo solidnym, drugim „kręgosłupem” Inazuma Eleven: Victory Road. Jeśli potraktujemy go jako wielkie, grywalne archiwum meczów - miejsce, w którym można odświeżyć najważniejsze starcia z historii cyklu, pozbawione całej otoczki szkolnego życia... wtedy spełnia swoje zadanie znakomicie. To idealny tryb na „jeszcze jeden mecz przed snem”, gdy nie mamy ochoty na długie fabularne rozdziały, a jednocześnie chcemy pobawić się rozbudowanym systemem rozgrywki i poeksperymentować ze składami. Trzeba tylko pamiętać, że nie jest to drugi, pełnoprawny scenariusz fabularny, a raczej zestaw mini-historii i starannie ułożona playlista spotkań dla fanów serii.
Jeszcze więcej?
Bond Town to dla mnie najlepszy dowód na to, że Level-5 naprawdę chciało zrobić coś więcej niż tylko dorzucić „kolejny tryb w menu”. Zamiast suchej listy opcji dostajemy niewielkie miasteczko pełniące rolę huba: tworzymy własnego awatara, spacerujemy po lokacji, rozmawiamy z postaciami i stopniowo zapełniamy przestrzeń nowymi elementami. To bardzo sympatyczne uzupełnienie głównych trybów - miejsce, w którym na chwilę odklejam się od poważnych meczów i fabuły, a mimo to cały czas czuję charakterystyczny klimat Inazumy. Dużym plusem jest też to, że stworzony awatar później pojawia się na boisku, więc cała ta „zabawa w personalizację” ma realne przełożenie na resztę rozgrywki, a nie jest tylko kosmetycznym dodatkiem.
Pełnię swojego potencjału Bond Town pokazuje jednak dopiero w połączeniu z trybami sieciowymi. Z jednej strony mamy tu przyjemne, pół-społecznościowe lobby, z drugiej - bramę do rywalizacji online, gdzie wystawiamy swoje drużyny przeciwko składom innych graczy. Mecze sieciowe świetnie obnażają jakość systemu rozgrywki: gdy po drugiej stronie trafia się ktoś, kto równie poważnie podszedł do budowania zespołu, każdy pojedynek zamienia się w małą taktyczną bitwę, a nie tylko chaotyczną wymianę superstrzałów.
Nie jest to tryb, który na siłę wciągnie każdego fana kampanii fabularnej, ale jeśli polubicie samą mechanikę meczów, Bond Town i rozgrywka online bardzo ładnie domykają całość. To właśnie tutaj najlepiej widać, że Inazuma Eleven: Victory Road zostało zaprojektowane jako gra na długie miesiące – tytuł, do którego można regularnie wracać, rozwijać drużynę i sprawdzać się z innymi graczami, a nie tylko jednorazowy, kilkudziesięciogodzinny romans z fabułą.
Anime czy gra? Inazuma Eleven: Victory Road łączy oba światy
Pod względem oprawy recenzowany Inazuma Eleven: Victory Road robi dokładnie to, czego oczekiwałem po wielkim powrocie serii - wygląda jak żywe anime, w które po prostu da się zagrać. Tryb fabularny jest wręcz przeładowany wstawkami animowanymi i w tym przypadku traktuję to wyłącznie jako komplement. Przerywniki filmowe wypadają znakomicie: świetne kadrowanie, czytelne emocje na twarzach bohaterów i dynamiczny montaż podczas kluczowych momentów. Gdybym miał oglądać to jako nowy sezon Inazumy w telewizji, nie miałbym absolutnie nic przeciwko. Przejścia między gameplayem a scenkami są płynne, a całość bardzo skutecznie buduje klimat sportowego shounena, w którym każdy mecz jest tak naprawdę kolejnym „odcinkiem” serialu.
Na boisku oprawa również robi ogromną robotę. Superstrzały i specjalne zagrania prezentowane są w efektowny, celowo przesadzony sposób - piłka dosłownie rozcina powietrze, zawodnik otacza się płomieniami, a obrońcy ustawiają swoje „wieże”, jakby szykowali się do starcia z bossem, a nie do zwykłej próby zablokowania uderzenia. Co ważne, te animacje naprawdę się nie nudzą. Są różnorodne, dobrze zrealizowane i świetnie podkreślają indywidualny charakter poszczególnych piłkarzy. To nie jest „ładna, ale generyczna” oprawa - tutaj każda technika ma własną osobowość, a całość momentami bardziej przypomina pokaz supermocy niż klasyczną piłkę nożną.
Soundtrack fantastycznie spina całą tę wizję. Muzyka w menu, podczas eksploracji fabuły i w trakcie meczów bardzo dobrze reaguje na sytuację: spokojniejsze motywy towarzyszą rozmowom i budowaniu drużyny, bardziej intensywne utwory podkręcają napięcie przed ważnymi spotkaniami, a energetyczne kawałki towarzyszą kluczowym akcjom i superstrzałom. To dokładnie ten typ ścieżki dźwiękowej, który po kilku godzinach zaczynasz nucić pod nosem, a w decydujących momentach meczu skutecznie podbija dramaturgię. Dla mnie oprawa audiowizualna Victory Road idealnie domyka całość: może technicznie nie jest to poziom największych hitów AAA, ale stylistyka, animacje i muzyka robią na tyle dobrą robotę, że naprawdę trudno się tu do czegokolwiek sensownie przyczepić.
Czy warto zagrać w Inazuma Eleven: Victory Road?
Dla mnie to dokładnie ten powrót, na który wielu fanów czekało od lat. Mamy długi, momentami zaskakująco rozwleczony prolog, w którym przez dobre kilka godzin bardziej oglądamy anime, niż faktycznie gramy, ale gdy historia w końcu się rozkręca, tryb fabularny naprawdę dowozi. Poznajemy ciekawych bohaterów, wskrzeszamy ducha piłki w szkole, budujemy drużynę praktycznie od zera i krok po kroku zmierzamy do meczu zapowiadanego od pierwszych minut. Do tego dochodzi ogrom dodatkowej zawartości – Chronicle Mode z przekrojem całej serii, Bond Town pozwalające bawić się awatarem oraz sieciowa rywalizacja, dzięki której Inazuma Eleven: Victory Road bez problemu starcza na dziesiątki godzin.
Kluczowe jest jednak to, że za całym tym rozmachem stoi po prostu bardzo dobry gameplay. System meczów jest rozbudowany, pełen pojedynków jeden na jednego, taktycznych wyborów, superstrzałów i efektownych interwencji obrońców, a jednocześnie nie męczy nawet po wielu spotkaniach. Wyraźnie czuć wagę rozwoju zespołu: statystyki, nowe techniki, formacje i treningi realnie wpływają na to, jak zachowują się zawodnicy na boisku. Oczywiście nie obyło się bez typowo „jrpg-owych” problemów – jest tu grind, powtarzalna mini-gry, lekko poszatkowana druga część fabuły i zbyt prosta konstrukcja Chronicle Mode, który częściej skacze od meczu do meczu, niż faktycznie opowiada dawne wątki.
Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się w Inazuma Eleven: Victory Road naprawdę świetnie. Kapitalne wstawki anime, efektowna prezentacja superstrzałów, bardzo dobry soundtrack, ogromna liczba znanych zawodników z całej historii serii i wyraźny fanserwis sprawiają, że to tytuł skrojony przede wszystkim pod fanów Inazumy i piłki nożnej w jej najbardziej przesadzonym, widowiskowym wydaniu. Jeśli jesteście w stanie zaakceptować długi wstęp, odrobinę grindu i kilka projektowych potknięć, w zamian dostajecie jedną z najbardziej rozbudowanych i najciekawszych odsłon cyklu. Z czystym sumieniem mogę napisać: warto zagrać!
Ocena - recenzja gry Inazuma Eleven: Victory Road
Atuty
- Świetny tryb fabularny z długim, klimatycznym prologiem, który momentami wygląda jak pełnoprawny, nowy sezon anime Inazuma Eleven,
- Kapitalny system meczów: pojedynki 1 na 1, super-strzały, wieże obrońców i ogromna satysfakcja z taktycznego grania,
- Mocno odczuwalny rozwój drużyny – levele, statystyki, techniki i treningi realnie wpływają na możliwości piłkarzy,
- Ogrom zawartości: Chronicle Mode, Bond Town, rywalizacja sieciowa, tysiące zawodników z całej historii serii i masa fanserwisu,
- Bardzo udana oprawa audiowizualna – efektowne wstawki anime, widowiskowe prezentacje super-zagrań i świetny soundtrack.
Wady
- Bardzo długi prolog, w którym przez wiele godzin jest więcej oglądania niż faktycznego grania,
- Wyraźny grind w trybach – przed kluczowymi meczami trzeba „dopakować” drużynę, powtarzając treningi i poboczne aktywności,
- W pewnym momencie czuć wyraźną powtarzalność i schematyczność - szczególnie mini-gier.
Inazuma Eleven: Victory Road to powrót, na który fani czekali latami – z długim, ale klimatycznym prologiem przypominającym nowy sezon anime i naprawdę przyjemnym trybem fabularnym, w którym krok po kroku wskrzeszamy ducha piłki nożnej. Po drodze trafiamy co prawda na typowo jrpg-owy grind, powtarzalne mini-gry, lekko poszatkowaną drugą część historii i kilka projektowych potknięć, ale świetny system meczów oraz wyraźnie odczuwalny rozwój drużyny skutecznie wynagradzają większość problemów.
Graliśmy na:
PS5
Galeria
Przeczytaj również
Komentarze (13)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych