Stranger Things (2025) - recenzja finału 5 sezonu serialu [Netflix]. Requiem dla Hawkins

Stranger Things (2025) - recenzja i opinia o finale 5 sezonu serialu [Netflix]. Requiem dla Hawkins

Łukasz Musialik | 03.01, 18:30

Gdy zegar wybił północ w ten Nowy Rok, fajerwerki za oknem wydawały się jedynie bladym tłem dla eksplozji emocji, jakie zafundował nam Netflix. Po dekadzie nostalgicznej podróży do lat 80., po niezliczonych kampaniach D&D i walce z demonami dorastania, nadszedł kres. „Rozdział ósmy: Ta strona” to nie tylko finał serialu. To pożegnanie z pewną erą telewizji. Czy bracia Duffer, dźwigając na barkach oczekiwania milionów, zdołali postawić kropkę nad „i”, czy może ugięli się pod ciężarem własnego sukcesu? Oceniamy ostatni akt sagi o Hawkins.

Stranger Things od zawsze było czymś więcej niż sumą swoich części - zlepek inspiracji Spielbergiem, Kingiem i Carpenterem ewoluował w autonomiczny popkulturowy byt, który zdefiniował sposób, w jaki konsumujemy „binge-watchable” treści. Decyzja Netflixa o rozbiciu piątego sezonu na trzy wolumeny (z finałem lądującym w sylwestrową noc) była ryzykowna, wręcz bezczelna. Wymagała od widzów cierpliwości, której współczesny odbiorca niemal nie posiada. Jednak teraz, gdy opadł pył po bitwie o Hawkins, a ostatnie dźwięki „Purple Rain” Prince’a wybrzmiały w napisach końcowych, muszę przyznać: to była gra warta świeczki. Finałowy odcinek, trwający ponad dwie godziny, to monumentalny fresk, w którym epickość miesza się z intymnością, a horror ustępuje miejsca nadziei w sposób, który - choć niepozbawiony wad - chwyta za gardło.

Dalsza część tekstu pod wideo

Stranger Things / Stranger Things 5 / Netflix
resize icon

Stranger Things (2025) - recenzja i opinia o finale 5 sezonu serialu [Netflix]. Między chaosem a precyzją

Konstrukcja finału przypomina misternie zaplanowaną sesję RPG, gdzie każdy gracz ma do wykonania zadanie życia. Dufferowie, świadomi skali zagrożenia, rozrzucili swoich bohaterów po planszy z matematyczną precyzją, unikając błędu poprzednich sezonów, gdzie niektóre wątki zdawały się dryfować donikąd. „Ta strona” rozpoczyna się in media res - nie ma tu miejsca na oddech. Plan zniszczenia Vecny i ostatecznego zamknięcia przejścia do Drugiej Strony (Upside Down) to narracyjny majstersztyk, który splata trzy płaszczyzny: fizyczną walkę w Hawkins, mentalny pojedynek w umyśle Henry’ego Creela oraz dywersję w sercu samego wymiaru cienia.

To, co uderza od pierwszych minut, to bezkompromisowość w ukazywaniu stawek. Widzieliśmy to już wcześniej, ale nigdy w takiej skali. Sceny, w których Hopper (David Harbour) i Murray (genialny w swojej neurotyczności Brett Gelman) montują ładunki wybuchowe, mają w sobie surowość kina akcji lat 90., podczas gdy psychodeliczna podróż Jedenastki (Millie Bobby Brown), wspieranej przez niespodziewanie powracającą Kali (Linnea Berthelsen), to wizualny hołd dla „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Powrót Ósemki był ruchem kontrowersyjnym - wielu fanów wymazało „Zaginioną siostrę” z pamięci - jednak tutaj jej obecność została logicznie uzasadniona i emocjonalnie domknięta. Jej tragiczna śmierć z rąk porucznika Akersa nie była tanim chwytem, ale stała się katalizatorem, który pchnął El do ostatecznej, bolesnej decyzji. Jednakże, w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu. Środek odcinka cierpi na delikatną zadyszkę.

Stranger Things / Stranger Things 5 / Netflix
resize icon

Stranger Things (2025) - recenzja i opinia o finale 5 sezonu serialu [Netflix]. Aktorstwo ponad efektami

Stranger Things zawsze stało postaciami, a w finale obsada wzniosła się na wyżyny swoich możliwości. Na szczególną uwagę zasługuje Noah Schnapp jako Will Byers. Przez lata spychany na boczny tor, wreszcie otrzymał materiał godny swojego talentu. Jego rola w kontrolowaniu Vecny poprzez mentalną więź była kluczowa, ale to ciche momenty - spojrzenia wymieniane z Mikiem, nieme pogodzenie się z losem - stanowiły o sile jego występu. Will wreszcie przestał być ofiarą, stając się architektem zwycięstwa.

Z drugiej strony mamy Davida Harboura i Millie Bobby Brown. Ich relacja ojciec-córka stanowiła emocjonalny kręgosłup finału. Scena w laboratorium, gdzie Hopper musi pozwolić jej odejść, by ta mogła stoczyć walkę, z której może nie wrócić, to aktorski masterclass. Harbour, operujący oszczędną mimiką, przekazał ból każdego rodzica zmuszonego do ostatecznego poświęcenia. Z kolei Brown, mimo że spędziła dużą część odcinka w przestrzeni wirtualnej, zdołała nadać Jedenastce nowy wymiar dojrzałości.

Nie sposób nie wspomnieć o wątku „śmiertelników”. Steve Harrington, który niemal przypłacił życiem upadek z wieży (serce stanęło mi w gardle, gdy Jonathan go łapał), oraz Dustin (Gaten Matarazzo), który mimo traumy zachował swój analityczny umysł, stanowią dowód na to, że Dufferowie potrafią pisać postacie. Nawet krótki występ Lindy Hamilton jako bezwzględnej Dr Kay dodał całości ciężaru gatunkowego, przypominając, że w świecie Stranger Things ludzie bywają gorsi od potworów. Śmierć Kali, choć bolesna, była niezbędna, by podkreślić, że zwycięstwo nie przychodzi za darmo - lekcja, której serial unikał w poprzednich sezonach, często uciekając się do „plot armor”.

Warstwa audiowizualna finału zasługuje na osobny akapit. Efekty specjalne, zwłaszcza pełna, pająkowata forma Łupieżcy Umysłów (Mind Flayer) i surrealistyczne krajobrazy umysłu Vecny, to poziom kinowy, zawstydzający niejedną produkcję Marvela. Ale to muzyka po raz kolejny kradnie show. Użycie „Purple Rain” w kulminacyjnym momencie nie jest tylko tłem, a narratorem emocji, podkreślającym majestat i tragedię chwili. Dufferowie wiedzą, jak grać na naszych uczuciach, używając do tego ikonografii lat 80.

Stranger Things (2025) - recenzja i opinia o finale 5 sezonu serialu [Netflix]. Podsumowanie

Finał 5. sezonu „Stranger Things” to telewizja totalna. To spektakl, który momentami ugina się pod własnym ciężarem, bywa przeładowany i nazbyt sentymentalny, ale w kluczowych momentach uderza z precyzją snajpera prosto w splot słoneczny. Bracia Duffer nie dali nam zakończenia idealnego, ale dali nam zakończenie prawdziwe - słodko-gorzkie, pełne blizn, ale i nadziei. To godne zwieńczenie fenomenu, który na zawsze zmienił popkulturę. Hawkins może i przestało być centrum wszechświata, ale na pewno pozostanie w naszych sercach.

Atuty

  • Emocjonalna głębia wątku Jedenastki i Hoppera
  • Fenomenalna oprawa wizualna (VFX)
  • Satysfakcjonujące domknięcie wątku Vecny
  • Odważne i niejednoznaczne zakończenie
  • Muzyka

Wady

  • Nierówne tempo w środkowej części odcinka
  • Lekki niedosyt w pełnym wyjaśnieniu genezy Drugiej Strony
  • Momentami zbyt bezpieczne rozwiązania
  • Przytłacza rozmiarem

Zło zostało pokonane, ale magia - ta dobra, wynikająca z przyjaźni i wyobraźni - przetrwała. To pożegnanie bez fajerwerków próżności, za to z ogromnym sercem.

9,0
Łukasz Musialik Strona autora
Pasjonat gier od samego dzieciństwa, kiedy to swoją pierwszą konsolę dostał od rodziców. Od tamtej pory zafascynowany grami i ich światem, ponieważ jako dorosły uważa, że to nie tylko rozrywka, ale także sztuka, która może nas uczyć, inspirować i poruszać emocje. Nieustannie poszerza swoją wiedzę i doświadczenie w dziedzinie gier i konsol, aby móc dostarczać innym jak najbardziej wartościowe treści.
cropper