Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja serialu [Netflix]. Taniec z diabłem w Plainfield

Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Taniec z diabłem w Plainfield

Łukasz Musialik | 07.10.2025, 21:00

Ryan Murphy, niestrudzony kronikarz amerykańskich patologii, powraca z trzecią odsłoną swojej kontrowersyjnej antologii „Potwór”, tym razem kierując obiektyw na postać, która niczym upiorny duch od dekad nawiedza zbiorową wyobraźnię - Eda Geina. Po wiwisekcji umysłów Dahmera i braci Menendez, wybór „Rzeźnika z Plainfield” wydawał się tyleż logiczny, co ryzykowny. Gein to przecież nie tylko historyczny morderca. To archetyp, mroczny materiał genetyczny, z którego zrodzili się Norman Bates, Leatherface i Buffalo Bill.

Pytanie, jakie zawisło nad tą produkcją od samego początku, brzmiało więc czy w tej opowieści, przemielonej przez popkulturę na tysiąc sposobów, można jeszcze odnaleźć coś nowego? Coś więcej niż tylko epatowanie makabrą i odcinanie kuponów od fascynacji złem? Odpowiedź, jaką serwuje nam Netflix, jest złożona, niejednoznaczna i cholernie niepokojąca, głównie za sprawą jednego aktorskiego tour de force, które zapisze się w historii telewizji.

Dalsza część tekstu pod wideo

Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Portret demona w ciele prostaczka

Tym, co wynosi „Historię Eda Geina” ponad poziom zwykłego true crime, jest bezdyskusyjnie rola Charliego Hunnama. Aktor, znany dotąd z ról charyzmatycznych twardzieli, dokonuje tu absolutnej, niemal fizycznej transmutacji, która mrozi krew w żyłach. Stworzony przez niego Gein to nie demon z piekła rodem, lecz żałosna, złamana istota o oczach zagubionego dziecka i niezgrabnych, chłopskich ruchach.

Hunnam buduje swoją postać na subtelnościach, jak nerwowym uśmiechu, który pojawia się w najbardziej nieodpowiednich momentach, cichym, mamroczącym głosie, w którym pobrzmiewa echo zaborczej matki, i spojrzeniu, które zdaje się patrzeć gdzieś dalej, w głąb krainy rozkładu i śmierci. To kreacja totalna, pozbawiona szarży, a przez to autentycznie przerażająca. Twórcy, świadomi siły tej roli, pozwalają kamerze trwać przy Hunnamie, eksplorując jego samotność, jego patologiczną więź z matką (świetna, jadowita Jessica Lange w retrospekcjach) i powolne osuwanie się w obłęd.

Serial unika łatwego psychologizowania, nie szuka prostych usprawiedliwień, ale zmusza do konfrontacji z faktem, że największe potwory rodzą się z ludzkiej nędzy, izolacji i niewyobrażalnego cierpienia. To właśnie w tych cichych, pozbawionych dialogów scenach, gdy Gein w milczeniu „pracuje” w swojej stodole, serial osiąga szczyty psychologicznej grozy, której nie powstydziłby się sam David Fincher.

Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Estetyka zgnilizny i zmęczenie materiału

Niestety, tam, gdzie Hunnam hipnotyzuje subtelnością, Ryan Murphy i jego ekipa zbyt często uciekają się do stylistycznej maniery, która stała się już ich znakiem rozpoznawczym i niestety piętą achillesową. Wizualnie serial jest majstersztykiem. Zapadłe, gnijące gospodarstwo Geina, spowite mgłą pola kukurydzy i przygnębiająca szarość miasteczka Plainfield w stanie Wisconsin lat 50. tworzą klimat tak gęsty, że można go kroić nożem.

Każdy kadr jest precyzyjnie skomponowany, oświetlony w sposób przywodzący na myśl obrazy Andrew Wyetha, gdyby ten malował sceny zbrodni. Problem w tym, że ta wystudiowana estetyka chwilami przykrywa treść, zamieniając dramat w makabryczny spektakl. Murphy nie potrafi oprzeć się pokusie dosłowności. Choć najgorsze pozostaje poza kadrem, kamera z lubością zatrzymuje się na owocach chorej wyobraźni Geina - ludzkich maskach, abażurach, pasach z sutków.

Ta dosłowność, powtórzona wielokrotnie, z czasem traci siłę rażenia, a zaczyna nużyć i budzić podejrzenie o tanią eksploatację. Formuła antologii zaczyna zdradzać objawy zmęczenia. Podobnie jak w „Dahmerze”, narracja bywa chaotyczna, skacząc między przeszłością a teraźniejszością, a wątki poboczne, zwłaszcza te dotyczące śledztwa, wydają się blade i pretekstowe wobec centralnej postaci potwora.

Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Głos ofiar w cieniu legendy

Największym wyzwaniem, przed jakim stanęli twórcy, była próba opowiedzenia tej historii na nowo, tak by nie powielać klisz i nie gloryfikować sprawcy. Trzeba przyznać, że podjęto próbę oddania głosu ofiarom i społeczności Plainfield, co stanowi wyraźny postęp w stosunku do poprzednich części serii. Poznajemy bliżej Bernice Worden i Mary Hogan, nie jako anonimowe pozycje w aktach sprawy, ale jako żywe, oddychające kobiety, których zniknięcie rozrywa tkankę małego miasteczka. 

Serial poświęca sporo czasu na pokazanie, jak zbrodnie Geina zniszczyły lokalną społeczność, zasiewając w niej paranoję i nieufność, która przetrwała lata. To ważny i potrzebny zabieg, który jednak nie zawsze w pełni się udaje. Postać Geina, a zwłaszcza magnetyczna kreacja Hunnama, jest tak potężna, że nieuchronnie spycha wszystko inne na drugi plan. Ostatecznie i tak to jego perspektywa dominuje, a próby zrównoważenia narracji wydają się chwilami wymuszone, jakby dodane w odpowiedzi na zarzuty o bezrefleksyjnym żerowaniu na ludzkiej tragedii, o które były oskarżane poprzednie odsłony cyklu. Mimo to, serial stawia ważne pytanie. Czy skupiając się na psychice mordercy, nieuchronnie nie odbieramy przestrzeni jego ofiarom? I czy nasza kulturowa obsesja na punkcie seryjnych morderców sama w sobie nie jest formą bezczeszczenia ich pamięci?

Potwór: Historia Eda Geina (2025) - recenzja i opinia o serialu [Netflix]. Podsumowanie

„Potwór: Historia Eda Geina” to dzieło nierówne, rozdarte między genialną kreacją aktorską a stylistycznym ekscesem swojego twórcy. Dla samej roli Charliego Hunnama, jednej z najwybitniejszych i najbardziej przerażających ostatnich lat, warto ten serial zobaczyć. 

Jednocześnie jest to produkcja, która potwierdza, że formuła Ryana Murphy'ego zaczyna zjadać własny ogon. Jego fascynacja makabrą i estetyzacją grozy sprawia, że serial chwilami balansuje na granicy eksploatacji. Choć podejmuje próbę nadania historii szerszego, bardziej ludzkiego wymiaru, ostatecznie i tak pozostaje przede wszystkim mrocznym, hipnotyzującym portretem potwora. Portretem, który nie daje łatwych odpowiedzi, ale zmusza do zadania sobie pytania, jak cienka jest granica między człowiekiem a bestią i dlaczego tak bardzo lubimy wpatrywać się w otchłań.

Advertisement

Atuty

  • Absolutnie fenomenalna, hipnotyzująca i przerażająca kreacja Charliego Hunnama
  • Gęsty, mistrzowsko budowany klimat grozy i niepokoju
  • Wizualny majstersztyk - dopracowane kadry, scenografia i zdjęcia
  • Próba oddania głosu ofiarom i pokazania wpływu zbrodni na społeczność
  • Głębokie, psychologiczne podejście do genezy zła, unikające prostych odpowiedzi

Wady

  • Charakterystyczna dla Ryana Murphy'ego maniera i skłonność do epatowania makabrą
  • Chaotyczna, skacząca w czasie narracja, która bywa męcząca
  • Wtórność formuły i poczucie, że serial balansuje na granicy eksploatacji
  • Słabo zarysowane i pretekstowe wątki poboczne, zwłaszcza te dotyczące śledztwa
  • Mimo dobrych chęci, postać Geina i tak dominuje nad historią ofiar

To studium zła tak przenikliwe i fizycznie namacalne, że pozostaje pod powiekami na długo po seansie.

7,5
Łukasz Musialik Strona autora
cropper