Devil May Cry (2025) - recenzja serialu [Netflix]. Pull the devil trigger

Devil May Cry (2025) - recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Pull the devil trigger

Piotrek Kamiński | Wczoraj, 21:00

Dante w wersji tak młodej, jak jeszcze go nie widzieliśmy, zajmuje się wycinaniem w pień demonów (chyba że się znudzi - wtedy idzie po prostu do domu), niewiele myśląc o tym, dlaczego jest tak dobry w tym co robi. Kiedy na jego drodze stanie tajemniczy Biały Królik, będzie musiał stawić czoła swojej przeszłości, jeśli wciąż chce bronić ludzkość.

No dobra! Który wariat wymyślił żeby dać Dantemu głos Nero?! Jasne, Johnny Yong Bosch jest świetnym aktorem głosowym (nawet jego Ichigo jakoś specjalnie mi nie przeszkadza, choć anime zdecydowanie wolę oglądać w oryginale), ale brać do roli aktora, który odcisnął już swoje piętno na marce wcielając się w zupełnie inną postać? Gdzie tu sens, gdzie logika? I niby Bosch robi bardzo dobrą robotę jako młody Dante, ale w niektórych momentach cały czas słyszę tam Nero, co niemal dosłownie wierci mi dziurę w głowie. A poza tym, co, Reuben Langdon był niedostępny?

Dalsza część tekstu pod wideo

Chyba że producent, Adi Shankar, ma w tym jakiś bardziej przebiegły plan, który stanie się jasny dopiero w kolejnych sezonach. Nie jest to niemożliwe, bo czego by o nim nie myśleć, to trzeba mu przyznać, że dobrze rozumie materiał, za którego adaptację się zabiera. Bardzo podobał mi się jego bootleg "Power Rangers", dobrą robotę zrobił z shortem o "Pokemonach", jego "Dirty Laundry" dało Punisherowi Thomasa Jane'a szansę pokazania, że to nie był zły casting, a "Dredd", za przeproszeniem, zjadał dupą na śniadanie wersję Stallone"a. O animowanej "Castlevania" spod jego skrzydeł nawet nie wspominam, bo tę zna każdy. Tak więc jasnym dla mnie było, że jedna z najważniejszych serii Capcomu jest bezpieczna w jego rękach. Pytanie: jak bardzo? Sprawdzamy!

Devil May Cry (2025) - recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Let's rock, baby

Dante devil trigger
resize icon

Dante od samego początku swojego istnienia był postacią skrajnie przerysowaną i niepoważną. Fabuły poszczególnych gier z jego udziałem były w najlepszym wypadku głupkowate - choć dwójka i reboot próbowały to zmienić (nieskutecznie) - więc nikogo nie powinno dziwić, że i serial będzie raczej lekką rozrywką. Piszę "raczej", ponieważ w tle niepoważnego młokosa w czerwonym płaszczu, któremu można odstrzelić pół twarzy i nic mu nie jest, rozgrywa się smutna, pełna bólu i cierpienia historia antagonisty (Hoon Lee), w dodatku pięknie skontrastowana z przeszłością Mary Ann "Lady" Arkham (Scout Taylor-Compton). Jakby tego było mało, scenarzyści przemycają również w tle wątki walczących o przetrwanie uchodźców wojennych, ludobójstwa, korupcji i tym podobnych ciekawostek, być może nie od razu kojarzących się z "Devil May Cry".

Historia rozpisana na tych osiem odcinków jest raczej prosta, ale przy tym satysfakcjonująca. Scenarzyści garściami czerpią z trzeciej części gry - jest młody Dante, ktoś chce otworzyć wrota piekieł, istotnymi gadżetami są amulet Dantego, jego krew i miecz Spardy. Mimo to, Shankar, podobnie jak wcześniej w przypadku "Castlevanii", postawił na raczej luźną adaptację. Pierwszym co rzuca się w oczy jest umiejscowienie akcji w "naszym" świecie. Mamy Nowy Jork, rząd obradujący nad sprawą demonów i tym podobne kwiatki. Pośród tego wszystkiego znajduje się organizacja Darkcom, specjalizująca się w eksterminacji demonów, na czele której stoi niejaki Baines (chyba już ostatnia pośmiertna rola Kevina Conroya), a jednym z jego najlepszych ludzi jest wspomniana już Lady, która tutaj nienawidzi demonów chyba jeszcze bardziej niż w grze. A na pewno zdecydowanie więcej przeklina. Mamy więc Białego Królika, który chce dostać Dantego, Darkcom, którzy również planują go przechwycić i samego czerwonego demona, który zdaje się nie wiedzieć za bardzo, czego wszyscy od niego chcą. Prosta historia - nadałaby się na jeden, dłuższy film. Nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby tak została pierwotnie pomyślana. Nie przeszkadzają mi takie zmiany, w końcu to tylko luźna adaptacja i tak mało ambitnego materiału źródłowego, ale muszą mieć one sens. Więc kiedy zobaczyłem jednego z bossów znanych z gier, postać wybitnie związaną z florą, parującego tak po prostu po mieście, to trochę zrzedła mi mina. Nie mogli wybrać kogoś bardziej odpowiedniego?

Devil May Cry (2025) - recenzja, opinia o serialu [Netflix]. Smokin' Sexy Style!!

Lady
resize icon

Kiedy jakoś z miesiąc temu Netflix zapowiedział, że w intrze do serialu usłyszymy klasyczny (?) utwór Limp Bizkit, pod tytułem "Rollin", nie byłem jakoś zbyt pozytywnie nastawiony do tej myśli. Jasne, ćwierć wieku temu był to jeden z moich ulubionych kawałków ever, ale nie byłem przekonany, czy ten Nu Metalowy klimat pasuje do DMC. Jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie. Serial dosłownie przeładowany jest klasykami z tamtych lat - od Beastie Boys, przez Papa Roach, na Amy Lee z Evanescence kończąc - i każdy jeden tak podbija adrenalinę, że nie mam pytań. Miejscami tekst zgadza się nawet z tym, co się dzieje na ekranie albo wręcz ze słowami wypowiadanymi przez postacie. Piękna sprawa. Fani oryginalnych soundtracków z gry też nie muszą się martwić - usłyszą znajome motywy z trójki czy piątki w nowych wersjach.

Czymże jednak byłaby sama muzyka, gdyby nie sparować jej z napompowaną adrenaliną animacją. Powoli godzę się już z tym, że prawdziwie płynnie i szczegółowo zrobiona w 2D akcję to zobaczę jeszcze tylko w jakichś fanowskich projektach i może, jak Disneyowi jeszcze kiedyś coś odbije żeby się wykosztować na klasyczną animację, więc zacząłem doceniać bardziej pomysłowość i złożoność akrobacji, ustawienie kadru, takie rzeczy. I pod tym względem jest naprawdę dobrze, choć skłamałbym pisząc, że animatorzy wysilili się na coś, czego dotąd nie widzieliśmy. Bardzo do gustu przypadła mi natomiast mimika postaci - zwłaszcza Dantego, robiącego zdziwioną minę zawsze na sekundę przed tym, jak coś wybuchnie mu w twarz czy coś w podobie. Mała rzecz a cieszy. Autorzy serialu zastosowali również ciekawy patent graficzny (właściwie to dwa) w szóstym, szalenie dobrym, opowiadającym historię za pomocą obrazów i muzyki zamiast dialogów, odcinku. I tak jak taka nagła zmiana klimatu jest ciekawa tematycznie, tak nie do końca zgrała mi się z resztą serialu i jego klimatem. Poczułem się jakbym nagle włączył zupełnie inną produkcję. W pewnym momencie i tak wracamy do stylu właściwego i rzecz wciąż jest tak samo wyrazista i zrozumiała, więc nie do końca rozumiem czemu to miało służyć.

"Devil May Cry" jest bardzo dobrze zrobioną animacją, całymi garściami czerpiącą z dorobku gier Capcomu, ale budującą na ich fundamencie coś swojego, zamiast po prostu odtwarzać fabułę znaną z oryginalnych gier. Nie obyło się bez kilku problemów - nie wszystkie easter eggi są dobrze przemyślane, fabuła nie jest wcale dużo bardziej rozbudowana niż w oryginale, a zmiana stylu animacji na jeden odcinek była tyleż ciekawa, co po prostu zbędna. To jednak tylko detale. Nowy projekt Shankara jako całość jest czystą rozrywką, dającą masę frajdy, potrafiącą ruszyć za serce i zwyczajnie wciągającą. Czekam na drugi sezon.

Atuty

  • Zabawna wersja głównego bohatera;
  • Pomysłowe i brutalne walki;
  • Dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa;
  • Interesujący antagonista;
  • Sprytnie przemyca kilka cięższych tematów;
  • Szalone tempo;
  • Masa smaczków dla fanów marki...

Wady

  • ...chociaż część z nich wepchnięta trochę na siłę;
  • Większość postaci pobocznych albo nierozwinięta albo nie do końca wykorzystana;
  • Zmiana stylu animacji w szóstym odcinku nie wszystkim się spodoba.

"Devil May Cry" w wersji amerykańskie anime wypada nadspodziewanie dobrze. Jest jajcarsko, brutalnie, z odrobiną głębi, a wszystko to w eleganckiej szacie audiowizualnej.

8,0
Piotrek Kamiński Strona autora
Z wykształcenia filolog, z zamiłowania gracz i kinoman pochłaniający popkulturę od przeszło 30 lat. O filmach na PPE pisze od 2019. Zarówno w grach, jak i filmach najbardziej ceni sobie dobrą fabułę. W wolnych chwilach lubi poczytać, pójść na koncert albo rodzinny spacer z psem.
cropper