Kupiłem PS5 za 2299 zł w 2020 roku. To była najlepsza decyzja gracza
W połowie września 2020 roku, dosłownie chwilę po uruchomieniu pre-orderów, w jednym ze sklepów - a dokładniej Media Expert - wreszcie wskoczył przycisk z możliwością złożenia zamówienia przedpremierowego, nie wahałem się ani sekundy.
Koszyk, szybki przelew, potwierdzenie w skrzynce mailowej: PlayStation 5 z napędem optycznym za równe 2299 złotych. Wtedy wydawało się to po prostu standardowym, choć niemałym wydatkiem na nową generację. Dziś, po niemal sześciu latach, wiem jedno - to była absolutnie najlepsza decyzja sprzętowa w moim całym życiu gracza.
Listopadowy poranek w 2020 roku pamiętam jak dziś, gdy kurier wreszcie zostawił przy mieszkaniu to olbrzymie, biało-niebieskie pudło. Pierwsze wyjęcie konsoli z opakowania wywołało autentyczny opad szczęki. Ten potężny, futurystyczny monument o obłych kształtach, który z czasem pieszczotliwie ochrzciliśmy mianem wersji Fat, wyglądał naprawdę dobrze.
Konsola w premierowej wersji zachwycała bezkompromisowością. Była wielka, ciężka i masywna, ale kryła w sobie potężny układ chłodzenia, ciekły metal i kulturę pracy, o której posiadacze wyjących niczym odrzutowiec modeli PS4 mogli wcześniej jedynie pomarzyć. Do tego doszedł kontroler DualSense z haptycznymi wibracjami i adaptacyjnymi triggerami, który w darmowym Astro’s Playroom zdefiniował na nowo pojęcie namacalnej immersji w grach wideo.
W tamtym momencie nikt z nas nie przypuszczał jednak, w jak szalonym kierunku podąży rynek elektroniki użytkowej. Historycznie każda kolejna generacja taniała wraz z upływem lat. Kupując sprzęt na premierę, człowiek godził się z tak zwanym „podatkiem od nowości”, doskonale wiedząc, że za trzy czy cztery lata odchudzona wersja wyląduje w promocjach za ułamek pierwotnej kwoty. Tym razem stało się coś bezprecedensowego.
Dzisiaj, gdy patrzę na cenniki w sklepach, przecieram oczy ze zdumienia. Nowe PlayStation 5 z napędem potrafi kosztować w regularnej sprzedaży grubo ponad 2600-2700 złotych, a przecież mowa o urządzeniu obecnym na rynku od dobrych kilku lat. Zamiast obniżek doczekaliśmy się ery inflacji, kryzysu podzespołów i wojen o krzem, które całkowicie wywróciły do góry nogami dotychczasowe prawa rządzące tą branżą.
Co najbardziej fascynujące, rynek wtórny wcale nie wygląda inaczej. Używane, wieloletnie egzemplarze z pierwszej fali produkcyjnej bez najmniejszego problemu trzymają swoją wartość, osiągając ceny rzędu 1000, a nierzadko nawet 1500 złotych. Oznacza to, że po setkach, jeśli nie tysiącach godzin spędzonych na ogrywaniu największych hitów, moja konsola wciąż stanowi niezwykle cenny kawałek elektroniki, który zestarzał się pod względem finansowym lepiej niż niejedna lokata.
PS5 Pro to dopiero "pokaz siły" 2026 roku
A potem na scenę wkracza to, co dzieje się obecnie wokół PlayStation 5 Pro. Oczekiwanie na zbliżające się Grand Theft Auto VI wywołało na rynku konsolowym prawdziwe tornado, jakiego nie widzieliśmy od czasów największych braków magazynowych w pandemii. Ludzie dosłownie rzucili się na ulepszoną wersję konsoli, widząc w niej jedyną słuszną platformę do wchłonięcia nowej opowieści z Vice City w najlepszej możliwej oprawie.
Efekt? Totalny paraliż dostępności i powrót spekulantów na niespotykaną wcześniej skalę. Kiedy widzę oferty opiewające na 5500 złotych za sam egzemplarz PS5 Pro, w mojej głowie pojawia się tylko jedna myśl: jak dobrze, że mam pod telewizorem mojego premierowego grubaska. Szaleństwo cenowe przekroczyło wszelkie granice zdrowego rozsądku, zamieniając ulepszony sprzęt w dobro luksusowe, za które niektórzy są gotowi oddać równowartość sporej pensji.
Mając w pamięci te 2299 złotych zapłacone w 2020 roku, czuję dziś ogromną satysfakcję i spokój ducha. Nie muszę brać udziału w wyścigu szczurów, polować w sklepach internetowych ani tym bardziej karmić scalperów żądających chorych sum na portalach aukcyjnych. Kupiłem bilet na tę generację w najlepszym możliwym momencie i po najuczciwszej cenie, jaka kiedykolwiek była dostępna.
Na moim premierowym egzemplarzu przeszedłem całą drogę obecnej generacji. To tam zachwycałem się rozmachem Demon's Souls, chłonąłem nordycki klimat w God of War Ragnarok, przemierzałem zakazany zachód w przygodach Aloy i wsiąkałem w futurystyczne Night City po jego wielkim odrodzeniu. Każda z tych gier działała stabilnie, ładowała się w mgnieniu oka dzięki rewelacyjnemu dyskowi SSD i dawała czystą frajdę bez konieczności zastanawiania się nad ustawieniami graficznymi.
Owszem, technologiczny postęp idzie naprzód i nowe gry z każdym rokiem wyciskają z bazowej architektury ostatnie soki. Ale premierowe PS5 wciąż dzielnie stawia czoła najtrudniejszym wyzwaniom. Pokazuje to chociażby debiutujące właśnie The Blood of Dawnwalker, które udowadnia, że przy odpowiednim kunszcie programistów ta maszyna wciąż potrafi zaoferować wspaniałe doznania wizualne i wyczekiwane 60 klatek na sekundę.
Patrząc wstecz na jesień 2020 roku, nie mam cienia wątpliwości, że kliknięcie przycisku „zamawiam z obowiązkiem zapłaty” było jednym z najbardziej udanych posunięć konsumenckich, na jakie mogłem się zdobyć.
Przeczytaj również
Komentarze (115)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych