Zanim został królem świata. Filmy z Leonardo DiCaprio, o których prawdopodobnie nie miałeś pojęcia
Kiedy słyszymy nazwisko „Leonardo DiCaprio”, przed oczami natychmiast stają nam najbardziej ikoniczne momenty współczesnego kina. Widzimy go na dziobie pędzącego przez Atlantyk statku, gdy z wyciągniętymi rękami wykrzykuje, że jest królem świata. Wyobrażamy sobie jego szaleńczy, naładowany substancjami wyskokowymi taniec w „Wilku z Wall Street” albo bezlitosną, brudną walkę o przetrwanie ze zjawą niedźwiedzia, która ostatecznie, po latach prób, zagwarantowała mu upragnionego Oscara.
Leonardo DiCaprio to marka sama w sobie. Współczesny tytan kina, muza Martina Scorsese, Quentina Tarantino i aktor, który od lat gra niemal wyłącznie w produkcjach wielkich, prestiżowych oraz z góry skazanych na kasowy sukces. Jednak droga na sam hollywoodzki Olimp wcale nie składała się z samych wybitnych scenariuszy. Zanim Leonardo zdobył status gwiazdy, która może przebierać w rolach niczym w lukratywnych kontraktach, musiał chwytać to, co rzucał mu nieprzewidywalny los. A bywał on przewrotny. Z dzisiejszej perspektywy zrobienie kroku wstecz i zajrzenie w mroczne, zapomniane zakamarki jego imponującej filmografii to fascynująca przygoda. Okazuje się bowiem, że nasz ukochany Leo zaliczył występy, o których istnieniu prawdopodobnie nie miałeś najmniejszego pojęcia.
Kosmiczne potwory i telewizyjne tasiemce, czyli trudne początki
Każdy wielki artysta musi od czegoś zacząć, a pierwsze aktorskie szlify rzadko przypominają eleganckie bankiety na Lazurowym Wybrzeżu. W przypadku DiCaprio obyło się bez recytowania Szekspira na prestiżowych deskach teatru. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nastoletni, wiecznie zmagający się z wizerunkiem uroczego chłopca Leo, desperacko szukał swojego miejsca w brutalnym świecie show-biznesu. Oznaczało to zaliczanie planów najzwyklejszych, często budżetowych telewizyjnych telenowel. Czy miałeś świadomość, że przyszły milioner przewinął się na moment przez kultową, niekończącą się operę mydlaną „Santa Barbara”, gdzie wystąpił jako nastoletni Mason Capwell? Błysnął też drobnym epizodem w słynnym sitcomie „Roseanne”. Prawdziwą, nieoszlifowaną (i nieco zabawną) perłą z początków jego drogi jest jednak jego pełnometrażowy debiut w kinie.
W 1991 roku Leonardo zagrał główną rolę dziecięcą w... horrorze komediowym klasy B zatytułowanym „Critters 3”. Wcielił się w postać Josha, uwięzionego w starej kamienicy chłopca, który musi walczyć na śmierć i życie z krwiożerczymi, włochatymi kulkami z kosmosu. Trudno powstrzymać szeroki uśmiech, wyobrażając sobie, że ten sam szczupły chłopiec, uciekający w panice przed mechanicznymi kukłami, ćwierć wieku później będzie udowadniał swoją fizyczną wytrzymałość u Alejandro Gonzáleza Iñárritu. Choć w „Crittersach” nikt raczej nie dostrzegł materiału na absolutną legendę, to produkcja stanowi dziś urocze świadectwo tego, że każdy - nawet przyszły zdobywca Oscara - musiał na początku swojej drogi spłacać frycowe za marzenia. Warto wspomnieć też, że zaledwie chwilę później otarł się o serial „Dzieciaki, kłopoty i my” (Growing Pains), w którym zagrał bezdomnego chłopaka, rzuconego w wir fabuły tylko po to, aby ratować oglądalność wśród wzdychających do telewizora nastolatek.
Dziki Zachód, przeklęci poeci i taśmy, których miałeś nigdy nie zobaczyć
Kiedy w latach dziewięćdziesiątych kariera nabrała rozpędu po świetnym „Co gryzie Gilberta Grape'a”, DiCaprio powoli, lecz sukcesywnie zaczął wychodzić z cienia, choć jego artystyczne wybory potrafiły zaskakiwać. Zanim jego twarz ozdobiła ściany pokoi nastolatek w każdym zakątku globu po wielkim sukcesie „Romeo i Julii”, Leonardo zaliczył kilka ról, które dziś z niewyjaśnionych przyczyn wyparowały z masowej świadomości. Świetnym przykładem są nakręceni w 1995 roku „Szybcy i martwi” w reżyserii Sama Raimiego. To brawurowy, kiczowaty wręcz zachodni film akcji ułożony na wzór komiksu, gdzie nasz bohater wcielił się w radosnego i zadziornego rewolwerowca „The Kida”. Wystąpił tam między innymi u boku Russella Crowe'a oraz Sharon Stone. Branżowa plotka - zresztą potwierdzona po latach - głosi, że aktorka była do tego stopnia oczarowana surowym talentem chłopaka, że zaproponowała twórcom, iż z własnej kieszeni pokryje jego gażę, byle tylko pozwolili mu zagrać.
Równie zapomnianym z tego samego okresu dziełem jest ambitne „Całkowite zaćmienie” Agnieszki Holland. DiCaprio wykazał się tam ogromną odwagą, wcielając się w wybitnie ekscentrycznego i destrukcyjnego francuskiego poetę Arthura Rimbaud. Jednak to nie europejskie kino artystyczne stanowi największą zagadkę w portfolio aktora, a niszowy, niezależny projekt „Don's Plum”. Był to czarno-biały, niemal w całości improwizowany, eksperymentalny obraz, nakręcony za grosze w lokalnym dinerze. Główną osią była luźna pogawędka chamskich, dwudziestoletnich chłopaków - w obsadzie brylował Leonardo ramię w ramię z dawnym kumplem Tobeyem Maguire'em (późniejszym Spider-Manem). Gdy twórcy chcieli wrzucić film do dystrybucji na fali oscarowego sukcesu „Titanica”, wściekli DiCaprio i Maguire wytoczyli im proces prawny. Byli pewni, że wizerunek ordynarnych, posługujących się niewybrednym słownictwem chuliganów drastycznie zaszkodzi ich nieskazitelnej renomie, na którą ciężko pracowali. Doprowadzili do sądowej ugody, w efekcie której produkcja ma do dziś bezwzględny zakaz dystrybucji w kinach na terenie USA oraz Kanady, stając się niejako zakazanym owocem, upolowanym przez wnikliwych internautów dopiero lata później.
Autoironia gwiazdora i najdroższa reklama w historii świata
Czy status absolutnej ikony końca wieku oznaczał koniec wplątywania się w dziwaczne albo kompletnie nietrafione inicjatywy? Nic z tych rzeczy. Gdy na przełomie tysiącleci światowa popkultura ogarnięta była szaleńczą „Leo-manią”, mistrz nowojorskiego, neurotycznego humoru Woody Allen zaprosił go do swojej czarno-białej komedii „Celebrity” (1998). Podczas gdy na jednym krańcu globu zdesperowane fanki wylewały morze łez nad zamarzającym w oceanie Jackiem Dawsonem, u Allena DiCaprio odgrywał postać Brandona Darrowa - potwornie rozkapryszonego, rozpuszczonego, agresywnego i toksycznego gwiazdorka, który rozbija pokoje hotelowe, urządza orgie i z furią obkłada pięściami menedżerów. To był absolutnie kapitalny, świadomy pstryczek w nos ze strony aktora skierowany w plotkarską prasę i wczesny popis rewelacyjnej autoironii, jednak samo dzieło dość szybko zatonęło pod ciężarem wielkich premier i dziś pamiętają o nim nieliczni maniacy kina.
Jednak prawidzwą, niemal surrealistyczną wisienką na torcie kategorii „filmy, których z pewnością nie znasz” jest wykwintna, krótka ciekawostka z 2015 roku: „Przesłuchanie” (The Audition). Trudno to racjonalnie pojąć, ale wyobraź sobie niespełna 16-minutowy krótki metraż, w którym pod reżyserskim okiem samego Martina Scorsese, rywalizują o jedną rolę grający samych siebie Leonardo DiCaprio i Robert De Niro, a w tle pojawia się sam Brad Pitt. Projekt, który wygląda jak historyczne zestawienie największych talentów Hollywood, kosztował astronomiczne, zwłaszcza jak na czas trwania, 70 milionów dolarów. Dlaczego nie był nigdy promowany jako hit w lokalnym kinie lub na Netfliksie? Z tej prostej przyczyny, iż był gigantyczną, niewyobrażalnie wręcz drogą reklamą... nowo otwartego kasyna Studio City Resort w chińskim Makau. Aktorzy inkasowali po kilkanaście milionów za weekend pracy. Obraz na wskroś skomercjalizowany posłużył za przepustkę do wielkiego biznesu, a krótko po premierze w Azji cicho i systematycznie zapodział się w otchłaniach YouTube'a.
Podsumowanie
Patrząc dzisiaj na dorosłego, ustatkowanego (przynajmniej zawodowo) Leonardo DiCaprio - zagorzałego filantropa walczącego z globalnym ociepleniem, dyżurnego faworyta wszystkich sezonów nagród filmowych i niezwykle wyrachowanego w dobieraniu ról artystę - bardzo łatwo zignorować, jak kręta i eklektyczna była ścieżka, którą pokonał. Od przekomicznej walki uciekającego z latarką w dłoniach brzdąca przed morderczymi włochaczami z kosmosu w „Critters 3”, przez prowokujące sądy zakazane projekty w dusznych barach z kolegami z branży, aż po występowanie w kuriozalnie kosztownych produkcjach reklamowych gigantów azjatyckiego hazardu. Dziś te wszystkie marginalizowane tytuły nie tylko budzą zdrowy uśmiech, ale przede wszystkim udzielają fantastycznej lekcji pokory i ciężkiej pracy.
Nikt nie rodzi się z wielkimi pomnikami u swych stóp. Każda, nawet budząca największe po latach rozbawienie lub zażenowanie produkcja i kreacja bohatera o marginalnym znaczeniu budowała cegiełka po cegiełce jego późniejszy, morderczy profesjonalizm. Zapewne z okien prywatnego odrzutowca, pomiędzy czytaniem scenariuszy od kolejnych mistrzów reżyserii, sam Leo czasami przypomina sobie czasy, w których jedynym solidnym argumentem przemawiającym za przyjęciem roli był fakt, że pokryje ona czynsz za mieszkanie i ratę kredytu. Następnym razem, gdy zachwycisz się detalami jego gry na seansie „Incepcji” albo w genialnym „Pewnego razu... w Hollywood”, miej przez chwilę z tyłu głowy tę wczesną, nieco chropowatą przeszłość, na której aktor zbudował swój dzisiejszy majestat. Historia ukrytej filmografii dowodzi najlepiej, że obronną ręką z potyczki wyjdzie tylko prawdziwy, nieszablonowy talent.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych