Black Ops wraca? Dawne Call of Duty miały coś, czego nowym częściom wyraźnie brakuje

Black Ops wraca? Dawne Call of Duty miały coś, czego nowym częściom wyraźnie brakuje

Kajetan Węsierski | 20.07, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Wystarczy usłyszeć kilka cyfr wypowiedzianych bez sensu, zobaczyć brudne światło pokoju przesłuchań albo przypomnieć sobie Masona, który wyglądał tak, jakby własna głowa była dla niego większym wrogiem niż cały radziecki wywiad - i człowiek od razu wie, że Black Ops było “innym zwierzęciem”. To nie był po prostu kolejny rozdział Call of Duty z większą liczbą wybuchów i obowiązkowym ratowaniem świata w ostatniej chwili. Tam wszystko miało dziwny posmak paranoi. 

Im dłużej jednak patrzy się na nowe odsłony serii, tym łatwiej zatęsknić za czasami, gdy Call of Duty miało wyraźniejsze twarze, mocniejsze pomysły i mniej poczucia, że wszystko musi od razu pasować do wielkiej sezonowej maszyny. Wiecie - dawne części też nie były święte, też miały swoje grzeszki, ale potrafiły zostawić po sobie coś więcej niż wspomnienie kolejnego battle passa. 

Dalsza część tekstu pod wideo

Black OPS! 

Seria Black Ops wystartowała w 2010 roku jako osobna odnoga Call of Duty, rozwijająca część wątków znanych wcześniej z World at War. Pierwsza odsłona wrzucała gracza w sam środek zimnej wojny, prowadząc przez Kubę, Wietnam, radzieckie laboratoria i tajne operacje, których oficjalnie nigdy nie było. Głównym bohaterem został Alex Mason, żołnierz próbujący odtworzyć własne wspomnienia podczas brutalnego przesłuchania, a przewijające się w jego głowie liczby stały się jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów całego cyklu.

Kolejne części zaczęły coraz mocniej bawić się czasem i technologią. Black Ops II połączyło lata 80. z niedaleką przyszłością, pokazało starszego Masona, wprowadziło Davida i pozwoliło podejmować decyzje wpływające na dalszy przebieg kampanii. Black Ops III przeniosło serię jeszcze dalej, w świat cybernetycznych ulepszeń, sztucznej inteligencji i żołnierzy połączonych z maszynami, natomiast Black Ops 4 całkowicie zrezygnowało z klasycznej kampanii fabularnej, skupiając się na multiplayerze, Zombie oraz trybie battle royale Blackout.

Później seria ponownie zwróciła się w stronę zimnej wojny. Black Ops Cold War wróciło do znanych bohaterów, tajnych operacji i politycznej gry prowadzonej między Waszyngtonem, Moskwą oraz miejscami, których nie znajdzie się w oficjalnych raportach. Poszczególne odsłony zmieniały epoki, bohaterów i styl prowadzenia historii, ale przez lata przewijały się w nich te same elementy: agenci działający poza strukturami, manipulowanie pamięcią, tajne programy wojskowe, zdrady i pytanie o to, czy człowiek wykonujący rozkazy naprawdę wie, dla kogo pracuje.

Czego dziś brakuje?

Najbardziej brakuje mi poczucia, że kampania jest osobnym wydarzeniem, a nie dodatkiem przyczepionym do większego pakietu. Dawne Black Ops potrafiło zamknąć gracza w pokoju przesłuchań, rzucić mu kilka liczb, urwany obraz z przeszłości i przez kolejne godziny powoli odkręcać śrubę. Nie wszystko musiało być od razu jasne. Gra pozwalała pobłądzić, coś źle zrozumieć, zacząć podejrzewać własnego bohatera. Dziś historie w Call of Duty częściej biegną tak szybko, jakby bały się, że gracz przez pięć minut bez eksplozji sprawdzi telefon.

Brakuje mi też wyrazistych bohaterów, których pamięta się bez zerkania do Neta. Mason, Woods, Hudson, Reznov - każdy z nich miał własny głos, sposób bycia i miejsce w tej całej układance. Dziś postacie potrafią wyglądać świetnie na plakacie i w sklepie z pakietami, ale po napisach końcowych ich imiona wyparowują z głowy szybciej niż mapa z rotacji.

No i ten klimat… Damn! Dawne odsłony umiały być brudne, dziwne i chwilami naprawdę nieprzyjemne. Zamiast ciągłej parady wojskowych zabawek dostawaliśmy laboratoria, kasety, zaszyfrowane wiadomości, puste korytarze i ludzi, którzy nie byli pewni własnych wspomnień. Black Ops miało w sobie coś lekko chorego - w dobrym sensie. Czuło się, że pod warstwą strzelania działa większa intryga, a prawda może być gorsza od każdej wersji, którą próbowano nam sprzedać. W nowych częściach tej niepewności jest mniej. I to dużo mniej.

Konkludując…

Nie chodzi o to, że każde stare Black Ops było arcydziełem, a każda nowa odsłona nie ma już nic do powiedzenia. Dawne części też potrafiły przesadzić, zgubić się we własnych pomysłach albo przykryć sensowną historię kolejną porcją wybuchów. Tyle że miały odwagę być czymś więcej niż wojskowym widowiskiem na jeden wieczór. Zostawiały po sobie twarze, sceny, pytania i ten nieprzyjemny szum w głowie, który wracał jeszcze długo po napisach końcowych. 

Nie potrzebuję większej liczby operatorów, bardziej napchanego sklepu ani kolejnego sezonu rozpisanego na kolorowej planszy. Chciałbym znowu dostać kampanię, która złapie mnie za kark, posadzi w pokoju bez okien i przez kilka godzin będzie przekonywać, że prawda leży tuż za następnymi drzwiami. Dawne Call of Duty potrafiło być hałaśliwe, ale pod tym hałasem miało własny głos. I właśnie tego głosu dziś najbardziej mi brakuje.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper