Pamiętacie ten kiczowaty film fantasy z lat osiemdziesiątych? Niedługo doczeka się nowej wersji

Pamiętacie ten kiczowaty film fantasy z lat osiemdziesiątych? Niedługo doczeka się nowej wersji

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 11:00

Jednym z najdziwniejszych filmowych wydarzeń 2026 roku będzie niewątpliwie powrót samego władcy Eternii. Księcia Adama, zmieniającego się w słynnego He-Mana, którego będziemy mogli zobaczyć ponownie we “Władcach Wszechświata” Travisa Knighta. Bohater ten pojawi się w filmie fabularnym niemal po czterdziestu latach od premiery poprzedniego, pamiętnego widowiska, które doczekało się statusu filmu kultowego.

Historia wielkiego konfliktu o Zamek Greyskull — źródło potężnej mocy, o którą walczą książę Adam, znany szerzej jako He-Man, oraz jego odwieczny wróg Szkieletor — rozpoczyna się na długo przed premierą kultowej animacji z lat 80. Jej początki sięgają bowiem połowy wcześniejszej dekady i siedziby wielkiej firmy. To właśnie wtedy włodarzom pewnej zabawkarskiej korporacji dosłownie przechodzi koło nosa interes życia. W pierwszej połowie dekady ówczesny prezes Mattel, Ray Wagner, odrzuca propozycję wyprodukowania serii zabawek powiązanych z „Gwiezdnymi wojnami” George’a Lucasa. Z okazji tej natychmiast korzysta konkurencyjna firma Kenner, która w krótkim czasie odnosi spektakularny sukces. Kolejne premiery filmów z serii „Star Wars” tylko potęgują frustrację przedstawicieli Mattel, boleśnie uświadamiając im skalę utraconej szansy.

Dalsza część tekstu pod wideo

Ogromna porażka firmy doprowadza do serii spotkań, na których jej przedstawiciele starają się przedstawić nowe pomysły na cykl zabawkowy, ale żaden z późniejszych projektów nie przekuwa się w komercyjny sukces. Przełom przychodzi dopiero na początku kolejnej dekady, gdy z jednej strony grupa marketingowców, pod przewództwem Rogera Sweeta, rozpoczyna pracę nad projektem zabawek ze świata mrocznej fantasy, a z drugiej niezwykłą popularnością zaczynają się cieszyć, ufundowane na twórczości Roberta E. Howarda - filmy o Conanie. Premiera obrazu z 1982 roku, zbiega się zresztą z pierwszą prezentacją zabawek z cyklu “Masters of the Universe”, kiedy to firma znajduje się w trakcie negocjacji w sprawie pozyskania praw do wykorzystania figurek słynnego Barbarzyńcy. Po ich obejrzeniu właściciele praw do postaci Conana postanawiają zresztą pozwać Mattel, twierdząc, że ci bezprawnie wykorzystali jego postać do wytworzenia zupełnie innego bohatera, ale korporacja ostatecznie wygrywa ten proces, co daje zielone światło startowi sprzedaży zabawek.

Od początku miały być one powiązane bogatą historią, co rusz wprowadzającą na arenę nowych sprzymierzeńców He-Mana i Szkieletora. Na tyle bogatą, by była dla dzieci wciągająca, ale jednocześnie na tyle ogólną, by i tak mogły się one bawić bez znajomości historii uniwersum. Początkowo firma decyduje o wypuszczeniu specjalnego komiksu, mającego tłumaczyć o co chodzi w odwiecznym konflikcie dwóch zwaśnionych stron. Przedstawiciele jednego z największych w owym czasie dystrybutorów produktów dla dzieci przekonują jednak, że pięciolatki nie czytają książek i wtedy to właśnie Mark Ellis z Mattel proponuje produkcję animowanego serialu. Pomysł ten wkrótce materializuje się w postaci - pamiętanego do dziś także przez starszych widzów w Polsce - cyklu “He-Man and the Masters of the Universe”, który wkrótce otrzymuje również kinową wersję, mającą swoją premierę w 1985 roku. Stąd niedaleko było już do aktorskiej produkcji.

Początek lat 80. był okresem wielkiego sukcesu sprzedaży zabawek z serii „Masters of the Universe”, jednak w drugiej połowie dekady zainteresowanie nimi zaczyna gwałtownie spadać. To właśnie wtedy w siedzibie Mattel zapada decyzja o realizacji filmu fabularnego. Wciąż żywa jest pamięć o gigantycznym sukcesie „Gwiezdnych wojen”, a pełnometrażowa produkcja wydaje się idealnym sposobem na odwrócenie niekorzystnego trendu. Kierownictwu firmy zależy na tym, by film powstał jak najszybciej i możliwie jak najniższym kosztem, co od początku wyklucza współpracę z wielkimi wytwórniami, pokroju Warnera czy Foxa. Ostatecznie decydują się na kooperację z Cannon Group — zarządzaną przez Menahema Golana i Yorama Globusa wytwórnią, znaną głównie z kina klasy B, ale mającą ambicje wkroczenia do pierwszej ligi Hollywood. Golan i Globus wierzą, że to właśnie familijna superprodukcja może stać się dla nich przełomem, na który czekali od lat. Wtedy jeszcze nie zdają sobie jednak sprawy, w jak poważne tarapaty właśnie się pakują…

Umie mówić? Nie jest zbyt drewniany? Dawać Go!

MOTU
resize icon

Kompletowanie ekipy, która miała zrealizować owo widowisko, było ściśle powiązane z jego dość skromnym budżetem, jak również tym, że pomimo tego obraz miał wyglądać efektownie. Idealnym kandydatem do zrealizowania takiego projektu okazał się więc Gary Goddard, który nawet nie był reżyserem filmowym. Skompromitowany już w XXI. wieku, po serii oskarżeń o napaści na tle seksualnym, twórca zaczynał bowiem jako projektant parków rozrywki i autor wydarzeń multimedialnych. Na przedstawicielach Cannon duże wrażenie zrobiła jego rozbudowana koncepcja wizualna, na którą składały się storyboardy, szkice Eternii i nacisk na rozpoznawalne symbole: Zamek Greyskull, miecz i kostiumy. Nic więc dziwnego, że szybko został zatrudniony.

Angaż Dolpha Lundgrena do głównej roli z dzisiejszej perspektywy nie może dziwić, ale w drugiej połowie lat 80. nie postrzegano go jeszcze do końca jako aktora. Będąc wówczas partnerem Grace Jones znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie na planie “Zabójczego widoku”, którego reżyser szybko potrzebował statysty do roli ochroniarza. Mimo przełomowej roli Ivana Drago w "Rocky'm IV" wielu miało duże wątpliwosci co do jego zatrudnienia. Ostatecznie jednak uznano, że nie jest zbyt drewniany, a jego akcent i brak doświadczenia nie były wielkim problemem, gdyż bohater miał ograniczać się do najprostszych sformułowań, na ekranie głównie prezentując swoje mięśnie. Sam Goddard finalnie uznał jednak, że i tak nie sprostał tym niezbyt wygórowanym wymaganiom, bo później zadecydowano o zdubbingowaniu jego wszystkich kwestii. 

Wątpliwości co do talentu aktorskiego nie było w przypadku Franka Langelli, który bardzo szybko przyjął ofertę gry w filmie. Jego syn był zafascynowany zabawkami Mattel, a sam Langella długo uważał tę rolę za jedną ze swych ulubionych w karierze i pomagał nawet w pisaniu poszczególnych kwestii, wypowiadanych przez Szkieletora na planie. Rolę sojuszniczki głównego antagonisty w filmie, Evil-Lyn otrzymała Meg Foster, która z uwagi na naturalnie niebiesko - szare oczy i wąskie źrenice bardzo często była w owym czasie obsadzana w filmach fantastycznych. Sama zresztą żartowała, że dyrektorzy castingu wybierali ją ze względu na to, że wnosiła ze sobą własne, darmowe efekty specjalne. 

Przedstawiciele Mattel mocno ingerowali w każdy, nawet najmniejszy element scenariusza filmu. Dość powiedzieć, że w owym czasie firma postanowiła ogłosić konkurs, w którym do wygrania był udział w filmie. Zwycięzcą okazał się, ośmioletni wtedy, Richard Szponder; problem jednak w tym, że ów konkurs rozstrzygnięto w momencie, w którym okres zdjęciowy właściwie dobiegał już końca. Ostatecznie zdecydowano jednak, że wystąpi on w roli Pigboya, zaliczając swoją pierwszą, a jednocześnie ostatnią rolę w filmie, dzięki której pojawiał się on zresztą w licznych programach telewizyjnych, a później także podcastach, wspominając pracę na planie obrazu.    

Grany przez Lundgrena He-Man musiał być bohaterem czystym jak łza, któremu nie wolno było nie tylko przeklinać, ale również zabijać ludzi, dlatego też postanowiono, że armia Szkieletora będzie złożona z robotów. Sam Goddard wspominał jednak, że po kolejnym drastycznym spadku sprzedaży flagowej linii zabawek, przedstawiciele Mattel przestali dręczyć twórców i nie pojawiali się już tak często na planie. Być może właśnie tym kryzysem należy tłumaczyć doniesienia o tym, że firma przestała płacić twórcom obrazu, którzy w końcówce - by w ogóle ukończyć film - musieli wyłożyć pieniądze z własnej kieszeni. Reżyser ponoć sam sfinansował ostateczny pojedynek He-Mana ze Szkieletorem i biorąc pod uwagę te trudne warunki ostatecznie nie wygląda ona aż tak tragicznie, choć niewątpliwie stanowi doskonałą ilustrację tego z jakim widowiskiem mamy tu do czynienia.

I Spidermana zrobimy!

Skeletor
resize icon


Jeszcze przed ostateczną sierpniową premierą filmu w 1987 roku wiadomo było, że tylko ogromny sukces produkcji Gary’ego Goddarda może zatrzymać spadające z miesiąca na miesiąc słupki sprzedażowe serii zabawkowej Mattel, do czego ostatecznie nie doszło, bo też nie mogło. Recenzje kosztującego ledwie 22 miliony dolarów widowiska były od początku miażdżące. Wśród pozytywów wskazywały w zasadzie tylko nietypową rolę Franka Langelli, który tym samym dołączył do Maxa Von Sydowa i Davida Warnera, docenionych za role czarnych charakterów w przedziwnych widowiskach fantastycznych z lat 80’, które łączy zarówno absolutna porażka w kinowym box office, jak i fakt, że doczekały się później statusu kina kultowego.

“Władcy Wszechświata” z jednej strony są dziś traktowani jako swoisty filmowy bękart. Efekt bezdusznej kalkulacji zabawkowej korporacji, chcącej wcisnąć młodym klientom jeszcze więcej swoich produktów. Z drugiej strony, mająca być - wedle zapowiedzi przedstawicieli Cannon Group - dopiero początkiem dłuższej serii produkcja to prawdziwa kwintesencja lat 80’, doskonale wpisująca się w to jak dziś postrzegamy produkcje ery VHS. Naprzeciwko sprawiającego wrażenie (jak wiadomo zupełnie mylne!) lekko przygłupawego osiłka stawiając aktora, grającego tak, jakby występował na deskach teatru. Z przyczyn budżetowych zamieniającego, obecną przecież na kartach storyboardów Goddarda, Eternię na Kalifornię. Czegóż chcieć więcej!?

Jeszcze w 1987 roku Golan i Globus ogłosili start realizacji drugiej części widowiska, którego reżyserem miał być Albert Pyun, który co ciekawe w owym czasie był łączony z pracą na planie “Spidermana”, który również miał powstawać dla Cannon Group za zawrotną kwotę 2 milionów dolarów (Oh, cóż to byłby za film!). Dolph Lundgren od początku zapowiedział jednak, że nie ma zamiaru powtarzać swej roli, gdyż uznał sam obraz za bardzo nieudany i już rok później widzowie mogli go oglądać w filmie “Czerwony skorpion”, a w 1989 roku zagrał Franka Castle w pierwszej filmowej ekranizacji “Punishera”. Narastające w tym czasie problemy finansowe Cannon, które wkrótce doprowadziły do jego upadku, połączone z problemami ze scenariuszem, sprawiły że kontynuacja odwiecznej walki księcia Adama ze swym arcywrogiem nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Ciekawszą kwestią pozostaje to po co do tej historii wraca się dziś. Czyżby producenci wierzyli w powtórkę z “Barbie” Grety Gerwig, licząc na kinowe pielgrzymki ludzi, którzy dobrze pamiętają serię zabawek Mattel? Produkcja, o której rozwoju myślał jeszcze w 2007 roku John Woo, to jedna z najdziwniejszych pozycji w kinowym terminarzu najbliższych kilku miesięcy. Nie tylko ze względu na ogromny budżet, mający sięgać nawet 200 milionów dolarów, ale również odwagę, graniczącą z brawurą, objawiającą się w decyzji o zatrudnieniu Jareda Leto w roli Szkieletora, skrzętnie zresztą ukrywanego w niedawno opublikowanej zapowiedzi tego widowiska. Absolutnie wszystko zapowiada największą w tym roku porażkę w kinowym box office, w którą wplątali się, bogu ducha winni, Morena Baccarin, Idris Elba, James Purefoy i Alison Brie. 

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper