Geostorm – recenzja filmu

Geostorm – recenzja filmu

Jędrzej Dudkiewicz | 20.10.2017, 20:22
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Zwiastuny kłamią, wszyscy to wiemy. Nierzadko zdarza się, że pokazują wszystko, co w filmie najlepsze, a reszta produkcji oferuje niewiele więcej. Co jednak zrobić, gdy idzie się do kina w przekonaniu, że obejrzy się film katastroficzny z dodatkiem akcji i sensacji, a dostaje się te same elementy, tylko w zupełnie innych proporcjach? Cóż, trzeba wygodnie usiąść i cieszyć się, że seans i tak będzie całkiem przyjemny.

Jest niedaleka przyszłość. Nasza planeta była wyniszczana przez kolejne gigantyczne katastrofy naturalne, od powodzi, przez pożary, po trąby powietrzne. By zapobiec dalszym zniszczeniom, ludzkość się dogadała i dzięki najwybitniejszych naukowcom stworzona została sieć satelitów, skutecznie neutralizująca wszystkie zagrożenia. Oto jednak dochodzi do kilku usterek, do tego podczas wyborów prezydenckich w USA, na stację kosmiczną zostaje więc wysłany Jake, twórca całego systemu. W międzyczasie jego brat prowadzi śledztwo.

Dalsza część tekstu pod wideo

Szybko się bowiem okazuje, że to wcale nie przypadek i ktoś tu zamienia tarczę chroniącą Ziemię w broń, która może ją zniszczyć. Właśnie śledztwo w tej sprawie zabiera zdecydowaną większość czasu ekranowego. W zasadzie wszystkie sceny katastrof zostały pokazane już w zwiastunie i trwają łącznie jakieś pięć minut. To nie jest żart. Zamiast wciskać się w fotel z przerażenia wywołanego tym, do czego zdolna jest matka natura, widz może zacząć robić listę dziur, które znalazły się w scenariuszu. Nie chodzi mi o rzeczy takie, jak zastanowienie się, czy w ogóle taki system satelit jest możliwy, nie wspominając o tym, że de facto nie jest wyjaśnione, jak on dokładnie działa i czemu się sprawdza. Nie mam na myśli również pomysłów takich, jak wysłanie w kosmos gościa, który ostatni trening w tym zakresie odbył ładnych kilka lat temu. Zwłaszcza, że i inne filmy mają podobne grzechy na sumieniu (ekhm, Nolan). Mówię chociażby o tym, że większego, nie trzymającego się kupy idiotyzmu, którym jest plan opracowany przez czarny charakter, dawno już nie widziałem. Niewiele zachowań i działań postaci ma tu sens. Do tego twórcy zbyt ostentacyjnie podrzucają pewne tropy, przez co kilka rozwiązań z góry można odrzucić.

Przyzwoicie poprowadzona, chociaż bardzo sztampowa i oczywista jest relacja między dwoma braćmi, którzy w obliczu zagrożenia będą oczywiście musieli zrewidować swoje poglądy, nauczyć się czegoś ważnego i naprawić relacje. Generalnie większość wątków, choć głupia, jest poprowadzona całkiem sprawną reżyserską ręką Deana Devlina. Czasem za bardzo próbuje on wzruszyć odbiorców, mimo to jest tu też niezłe napięcie i tempo, które raczej nie pozwala na nudę. A kiedy już dochodzi do tych kilku katastrof, to efekty specjalne – mimo że mogłyby być o wiele, wiele lepsze – generalnie stają na wysokości zadania.

Szkoda tylko, że film jest tak boleśnie hollywoodzki, przez co niezły pomysł na zakończenie ostatecznie nie zostaje zrealizowany, bo wszystko musi skończyć się dobrze. Z filmami katastroficznymi jest jednak ten problem, że ich twórcy zawsze za bardzo podkreślają happy end. W końcu przed chwilą zginęło ładnych kilka milionów ludzi, więc nie bardzo jest z czego się cieszyć. Chyba, że nienawidzicie innych, ale to wtedy będziecie narzekać, że ofiar jest tak mało. Tak czy siak, Geostorm daleko jest do widowiskowego filmu o zagładzie planety. To thriller polityczny i to raczej taki, który nie sprawi, że bardzo będziecie żałować wydanych na bilet pieniędzy, ale też nie uznacie tego za najlepszy pomysł, na jaki kiedykolwiek wpadliście.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: własne

Atuty

  • Wartka, wciągająca akcja;
  • Porządne efekty specjalne;
  • Całkiem niezłe napięcie

Wady

  • Co innego obiecuje, co innego daje;
  • Ogromne dziury w scenariuszu;
  • Słabe zakończenie

Jest duży rozdźwięk w tym, co Geostorm obiecuje, a czym jest. Jako thriller polityczny sprawdza się nieźle, jako film katastroficzny bardzo słabo.

5,0
Jędrzej Dudkiewicz Strona autora
Miłość do filmów zaczęła się, gdy tata powiedział mi i bratu, że "hej, są takie filmy, które musimy obejrzeć". Była to stara trylogia Star Wars. Od tego czasu przybyło mnóstwo filmów, seriali, ale też książek i oczywiście – od czasu do czasu – fajnych gier.
cropper