Mała Wielka Koza (2026) - recenzja filmu [UiP]. Najlepsza animacja o koszykówce od czasu Kosmicznego Meczu

Recenzja
4274V
GOAT
Roger Żochowski | 12.02, 21:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Tak, od czasu pierwszego „Kosmicznego meczu” nie było tak fajnej animacji o koszykówce. Choć produkcja z Michaelem Jordanem dalej pozostaje moim numerem jeden, twórcom "Małej WIelkiej Kozy" udało się stworzyć wciągającą produkcję ze świetnie wykreowanymi bohaterami, w którą zresztą zaangażowany był jeden z najlepszych graczy w historii NBA – Stephen Curry.

Film, za którym stoją twórcy animowanego Spider-Mana (filmy z serii Spider-Verse), łączy klasyczną historię „od zera do bohatera” z widowiskową animacją i dynamiczną akcją. Fabuła koncentruje się na Willu Harrisie - niewielkiej kozie z ogromnymi marzeniami o grze w rykokosza, fikcyjnej, pełnokontaktowej dyscyplinie sportu przypominającej połączenie koszykówki i swoistego survivalu, w którym rywalizują zwierzęta z całego świata. Will, choć mniejszy i słabszy od dominujących w lidze potężnych przeciwników, wierzy, że może udowodnić światu, iż rozmiar finalnie nie ma znaczenia.

Dalsza część tekstu pod wideo

Koza dzięki połączeniu przypadku, talentu i szczęścia dołącza do drużyny, której zawsze była fanem, by wraz ze swoją idolką - dziesięcioletnią weteranką ligi, czarną panterą Jett - zdobyć mistrzostwo, którego kocica mimo ogromnego talentu nigdy nie zdobyła. W wygraną przestali nawet wierzyć mieszkańcy miasta, w którym rozgrywają swoje mecze Kolce. Co gorsza, drużyna nie wygrała ani jednego meczu w obecnym sezonie i to jej pomóc ma właśnie niepozorna, mała koza. Nie będzie to łatwe zadanie, bo drużyna boryka się z problemami, których na pierwszy rzut oka nie widać.

Mała Wielka Koza (2026) - recenzja filmu [UiP]. Koza vs schematy

GOAT
resize icon

Największym atutem filmu Sony Pictures Animation jest bez wątpienia warstwa wizualna. Animacja jest barwna, dynamiczna i pełna energii, zwłaszcza w scenach meczów. Twórcy wykreowali świat, który tętni życiem i jest po prostu wiarygodny - pełen różnorodnych zwierzęcych postaci, efektownych aren, w których ogień, lód, pękający parkiet czy spadające stalaktyty mogą być większą przeszkodą niż obrona przeciwników, i przesadzonych, komiksowych akcji. Sekwencje sportowe są szybkie, widowiskowe i zaprojektowane tak, by trzymać widzów w napięciu. W tych momentach film naprawdę błyszczy, co nakręca zresztą duet komentatorów dogryzających sobie nawzajem.

Dlaczego więc „Kosmiczny mecz” nadal pozostaje moim numerem jeden? Produkcja podąża dobrze znaną i wyświechtaną ścieżką. Historia outsidera, który dzięki wytrwałości zdobywa szacunek drużyny i pokonuje przeciwności losu, jest przewidywalna i oparta na schematach znanych z wielu filmów sportowych i animowanych. Pod tym względem nie ma tu niczego nowego. Przesłanie o wierze w siebie i pracy zespołowej jest pozytywne i wartościowe, zwłaszcza dla młodszych widzów, ale dla dorosłych odbiorców może okazać się zbyt oczywiste. Nie sposób też nie wspomnieć, że momentami chaotyczne tempo oraz nadmiar bodźców w scenach akcji przytłaczają, jakby twórcy załączali tryb ADHD. Na szczęście w filmie nie brakuje też spokojniejszych momentów budujących więź między bohaterami.

Mała Wielka Koza (2026) - recenzja filmu [UiP]. Hej tu NBA 

GOAT
resize icon

W polskiej wersji językowej możemy usłyszeć między innymi Marcina Gortata i muszę przyznać, że przekład został zrealizowany doskonale. Sporo żartów udało się znakomicie przenieść na nasz język, aluzje dotyczące pokolenia Zetek mnie osobiście bardzo śmieszyły, podobnie jak humor sytuacyjny. Każdy z członków drużyny Willa jest na swój sposób zabawny – Jett to gwiazda, która z racji wieku zmaga się z bólem w krzyżu, Modo jako niezrównoważony waran z Komodo to skóra żywcem ściągnięta z Dennisa Rodmana, a mamy też strusia Olivię z kompleksami i uzależnioną od mediów społecznościowych, nosorożca opiekującego się dwiema przemocowymi córkami czy żyrafę marzącą o tym, by zostać raperem.

Sporo tu również smaczków związanych z NBA, które z pewnością ucieszą wielu fanów amerykańskiej ligi. Nie brakuje też aluzji do realnych wydarzeń z historii, że wspomnę o wątku pewnej chciwej korporacyjnej świni zarządzającej klubem czy wątku narcystycznych gwiazd, które de facto przejmują rolę głównego trenera, robiąc z niego marionetkę. Zresztą historia ma drugie dno, bo wspomniany już wyżej Stephen Curry w młodości często słyszał, że jest zbyt chudy i zbyt niski na grę w koszykówkę. Mamy tu więc również autobiograficzny wątek.

Ostatecznie „Mała Wielka Koza” to film, który nie redefiniuje gatunku animacji sportowej i podąża wytartymi szlakami scenariuszowymi, ale dostarcza świetnej, pełnej energii rozrywki, którą zrealizowano na najwyższym poziomie. Doskonała pozycja na rodzinny seans, nawet, jeśli nie jesteście fanami koszykówki. 

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Komentarze (2)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych

cropper